sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 11

- Wiesz, ty to jednak jakiś pechowy jesteś. - Ujrzałem nad swoją głową chłopca, który bacznie mi się przyglądał.
Miał blond włosy, brązowe oczy oraz bladą cerę. Widziałem już go kilka razy. Zawsze kiedy wyląduję w szpitalu, on się tam zjawia. Patrzył na mnie dziwnie. Miałem wrażenie, że leżę we mgle. Nic nie było wyraźne. Złapałem się za głowę. Przedstawiliśmy się. Blondyn ma na imię Tim. Jednak każdy mówił na niego Mały Tim ze względu na wzrost. I tak już zostało. Po wypadku samochodowym, musiałem zostać na obserwacjach oraz rehabilitacjach. Nie byłem ani razu w domu przez cały ten czas, a rodzice nie mieli czasu aby mnie odwiedzać.
- Kiedyś umrzemy wszyscy bez wyjątku. - Snuł się za mną jakiś chłopak przez korytarz.
Poznałem głos swojego przyjaciela.
- Tim, co cię wzięło... - Odwróciłem się.
Jego wygląd sprawił, że cofnąłem się o kilka kroków. Wyglądał jak trup. Jego blada cera była jeszcze bladsza niż dotychczas. Nawet stawała się sina w niektórych miejscach. Wyglądał na bardzo zmęczonego i ledwo utrzymywał się na nogach. Gdyby nie moja szybka reakcja, Tim upadłby na zimne kafelki. Zaczął nagle krwawić.  Nie wiedziałem co się dzieje i co robić. Zacząłem wołać o pomoc z całych sił. Od razu przybiegł personel i zabrali chłopaka. Mnie wzięła pielęgniarka i zaprowadziła do sali. Robiło mi się gorąco. Spojrzałem na swoje dłonie. Miałem je całe we krwi. Miałem mroczki przed oczami. Chwilę potem uciął mi się film.
Obudziłem się następnego dnia. Tym razem nie było nade mną przyjaciela. Był lekarz z dwiema siostrami. Skinęli głowami i odeszli. Usiadłem na łóżku. Na krześle pod ścianą siedziała pewna kobieta z chusteczką higieniczną, w którą wydmuchała nos. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i podeszła do mnie.
- Jestem mamą Tima. Jak się czujesz?
- Dlaczego nie może mnie odwiedzić? - Zignorowałem jej pytanie.
- Ponieważ... zatrzymało go coś. - Oburzyłem się.
- Co? Co niby go zatrzymało? - Zmarszczyłem brwi.
Kobieta nie odpowiedziała na nurtujące mnie pytanie. Położyła tylko delikatnie dłoń na mojej klatce piersiowej w miejscu serca. Z jej oczu kolejno spływały łzy. Odeszła.
Dopiero teraz zrozumiałem. Ogarnęła mnie rozpacz. Zrozumiałem co mu się stało.
Gwałtownie wstałem z łóżka. Dławiłem się własnymi łzami. Zacząłem się dusić. Potknąłem się. Chwyciłem się za półkę, lecz ona spadła wraz ze mną. Na huk zbiegli się lekarze. Długo mnie zbierali i uspokajali. W pewnym momencie jeden z nich nie wytrzymał i wstrzyknął mi coś do uda. To był lek znieczulający. Po chwili byłem jak roślina. Chciałem się miotać, chciałem uciec. Jednak nie potrafiłem podnieść żadnej kończyny. Jedyne mogłem ryczeć i słuchać co do mnie mówią.
- Będziesz mógł powrócić do normalności za jakąś godzinę.
Do normalności...
- A teraz słuchaj mnie uważnie Connor. - Złapał mnie za ramiona.
Nie czułem czy złapał mnie mocno, czy lekko. Mogli mnie kroić tasakiem. Nic nie mogłem czuć.
- Twój przyjaciel umarł. Umarł na białaczkę.
Nie chciałem go słuchać. Tim nadal żyje. Przecież zaraz do mnie przyjdzie. Zawsze przychodzi mnie odwiedzać.
Moja psychika legła w gruzach. 

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 10 Miłość, Śmierć, Rozpacz

"Kiedy nie ma przy mnie loczka, dzieją się przeróżne, straszne rzeczy.. Dlaczego tak się dzieje?
Jaki jest tego wniosek?"
Kiedy nie ma przy nas ukochanej osoby,
Wszystko nam wydaje się takie trudne.
Nie potrafimy sobie poradzić z najmniejszymi problemami.
Uważamy, że jesteśmy słabsi, ponieważ nie mamy oparcia.
Uważamy także, że bez osoby ważnej dla nas,
Przytrafia nam się więcej cierpień niż dotychczas.
- Bradley, wstawaj. Musimy uciekać. Proszę Cię. To coś się tu zbliża! - Potrząsałem chłopakiem.
Ten natomiast nie reagował. Co się dzieje?! Czy już minął czas?!
Wykrzykiwałem jego imię. Obróciłem go na plecy. Odbiegłem w tył krzycząc. Loczek nie miał oczu. Były czarne dziury, z których ciekła krew. Jego skóra rwała się i powstawały kolejne dziury. Chwilę później jego ciało płonęło.
- BRADLEY! - Wrzeszczałem spanikowany, nie wiedząc co robić.
Złapałem się za włosy. Z moich oczu spływały słone łzy. W oddali słyszałem jakiś rechot, a na ścianie widać było cień pewnej osoby.
- NIE! NIE! - Wstałem błyskawicznie na równe nogi i z całych sił waliłem pięściami w ścianę.
Byłem wściekły. To nie mogła być prawda. Za płonącymi zwłokami, ktoś stał.
- Annabelle! DLACZEGO TO ZROBIŁAŚ?! - Podbiegłem do niej.
Jednak nikogo w tym miejscu nie było. Byłem zdezorientowany.
- Głupcze, To nie jest prawdziwy Bradley! - Stała za mną.
Nie rozumiałem jej słów. Jak to, to nie jest prawdziwy Bradley? To w takim razie, co to za chłopak?
- To jest zwyczajna kukła. - Dodała.
- Jak to kukła?? Przecież kukły nie mówią.
- Bo wcześniej znalazłeś swojego kolegę. Ktoś w nocy, jak spaliście musiał podmienić go. Albo odszedł sam.
To nie możliwe, żeby odszedł sam! Przecież nie miał na tyle siły, żeby iść! Jednak, kto mógłby mi podrzucić kukłę?
Kiedy chciałem zadać jej ponownie jakieś pytanie, zorientowałem się, że jej już nie ma. Znowu gdzieś zniknęła. Usiadłem na zimnej podłodze. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Byłem zmęczony tym wszystkim. Przetarłem twarz. Przypomniała mi się ta tajemnicza książka. Wyciągnąłem ją i położyłem przed sobą. Zastanawiam się czy przeczytać ją, czy spalić. Zaryzykowałem i wziąłem ją na kolana. Ręce zaczęły mi się trząść. Otworzyłem na stronie pierwszej. Ukazał mi się napis:
"Drogi Connorze! Jeszcze raz proszę, abyś czytał tę książkę, kiedy będziesz całkiem sam!"
Cóż za zaszczyt. Mieć książkę napisaną specjalnie dla Ciebie. Przerzuciłem kartkę na kolejną stronę. Dużym, tłustym drukiem widniał tytuł:
Miłość, Śmierć, Rozpacz.
Nie jestem pewny, czy dobrze robię, że to czytam, ale jestem ciekawy o czym to jest, że karzą mi czytać to w samotności. Przełknąłem gorzko ślinę i przewinąłem kolejną kartkę.
Pewnego razu, do psychiatryka trafił pewien chłopak o imieniu: Blake.
Był całkiem inny. Różnił się od wszystkich w tym miejscu. Wydawał się być samotnikiem. Przebywał wiecznie sam. Z nikim  nie rozmawiał. Nie lubił ludzi. A raczej się ich bał. Jednak kiedy było przeludnienie, przeniesiono chłopaka do innego pokoju. Los chciał, że miał współlokatora. Z początku nie odzywali się do siebie. Łapali od czasu do czasu kontakt wzrokowy. Jego współlokator, był podobny do niego. Także był skryty w sobie. Wydawał się być nawet tajemniczy. Jego oczy szczególnie to ukazywały. Z czasem przyzwyczaili się do wspólnej ciszy. Kiedy Blake przyzwyczaił się do towarzysza, odważył się rozpocząć rozmowę. Codziennie wieczorami rozmawiali ze sobą. Z biegiem czasu, zaczęli sobie ufać. Zaprzyjaźnili się. Przywiązywali się do siebie. Jednak wiedzieli się tylko na stołówce i wieczorami w pokoju. Mimo, że widywali się codziennie, to i tak tęsknili za sobą. Chłopcy bardzo to przeżywali. Kiedy nadszedł ten czas, gdy terapia Blake'a przynosiła pozytywne rezultaty, nie mogli w to uwierzyć. Lekarze uznali chłopaka za zdrowego. Mógł wrócić do domu, lecz nie mogli oswoić się z tą informacją, że zostaną rozdzieleni. W dniu wyjścia Blake'a z psychiatryka, stała się tragedia. Jego martwe, zimne ciało leżało na drewnianym krześle w kącie pokoju. To był wielki wstrząs dla rodziców, personelu oraz przyjaciela. Nikt tak naprawdę nie wie, co się stało.
Legenda głosi, że jego duch nawiedza ten szpital. Można powiedzieć, że mieszka sobie i krzywdzi innych pacjentów mszcząc się za to, co mu zrobiono.
Odrzuciłem przedmiot. Złapałem się za głowę. Do czego mi to potrzebne? Po co, na co mi to? Dlaczego akurat ja to musiałem przeczytać? Nie byłem w stanie czytać dalej. Próbowałem sobie tego nie wyobrazić. Jednak ta opowieść, kojarzyła mi się z czymś. Kojarzyła się z moim życiem, kiedy trafiłem na XII oddział.
Wspomnienia wróciły. 
Zaczęło mnie kłóć w klatce piersiowej. 
Cholernie bolało.
To zleciało tak szybko...
Jak na pstryknięcie palca.
To dla mnie za dużo.
Chcę się poddać.
Pozwól mi się poddać.
Zniknęliśmy z tej Ziemi od tak,
jak na pstryknięcie palcem.
Zapomniani.

piątek, 30 października 2015

Rozdział 9 Wyjście?

Jestem zagubionym chłopcem.
Jestem zagubiony w tym dziwnym miejscu.
W tym przerażającym miejscu.
Nie wiem jak się stąd wydostać.
To zbyt trudne robić wszystko samemu.
Skarbie, gdzie jesteś?
Daj mi jakiś znak.. Proszę
Ponownie znalazłem się zamknięty w tym samym pomieszczeniu co wcześniej. To nie logiczne..
- To wszystko przez Ciebie! Przez Ciebie! Gdybym Cię nie miał, Bradley byłby teraz obok mnie! - Rzucałem i kopałem księgę ze złości.
Ku mojemu zaskoczeniu, na okładce ukazał się napis "Przestań!". Zacząłem krzyczeć z rozpaczy. Walnąłem pięścią w ścianę. Wtem jedna z cegieł upadła mi na stopę. Wydarłem się z bólu i złapałem się za nogę. Coś się zaczęło rozsypywać i wydobyły się opary. Odkaszlnąłem kilka razy. Przede mną widniała dziura w ścianie a na podłodze porozwalane cegły. Przeszedłem przez nią. Dłużył się korytarz. Nie wiedziałem czy dobrze zrobię, jeżeli tam pójdę, ale to chyba jedyne wyjście. Wróciłem się tylko po zakurzoną książkę i poszedłem wzdłuż ciemności. Nie powinienem chodzić sam po ciemku. Nie czuję się tutaj bezpiecznie odkąd przekroczyłem próg drzwi. Słyszałem za sobą jakieś szelesty. Od razu dostałem gęsiej skórki i przyspieszyłem swoje tępo. Nagle przywaliłem w coś twardego i dużego. Upadłem. Nie widziałem nic. W tym momencie włączyło się światło, które oświecało napis na ścianie "Odejdź"
- Z miłą chęcią, ale z Bradem. - Odpowiedziałem.
Odwróciłem głowę. Już wiedziałem w co przyrżnąłem. To były jakieś metalowe drzwi. Podszedłem do nich i pociągnąłem. Wszedłem do wnętrza jakiegoś pomieszczenia. Była zaparowana szyba na całej powierzchni ściany. Okalającymi ruchami dłoni wytarłem część i spojrzałem. W tej chwili niespodziewanie ujrzałem przed swoimi oczami, oczy tego samego cienia, który jakiś czas temu mnie kąsał. Przeraziłem się i zrobiłem w tył zwrot. Upadłem pod biurko i skuliłem się z nadzieją, że mnie nie znajdzie. Zaciągnąłem się inhalatorem. Raz nie wystarczał na mój stres. Skrzypnięcie. Położyłem dłoń na swoich ustach by nie wydać najcichszego dźwięku. Podłoga dosłownie pękała i gniła. Powoli kierowała się w moją stronę. Ten cień idzie w moją stronę. To koniec. Nie wytrwam kolejnej takiej bliskości z tym cieniem. Omal nie zapomniałem kim jestem i co tu robię. A właśnie.. Co ja tu właściwie robię w tym popieprzonym miejscu? Tuliłem się do ściany, by tylko mnie nie wyczuł. Skrzypnięcie. Trzask. Wyszedł tymi stalowymi drzwiami. Jestem uratowany! Jak na tę chwilę... Ostrożnie wyszedłem spod biurka i wstałem. Skierowałem się w stronę drugiego wyjścia. Wychyliłem powoli głowę zza ściany. Pusto. Zrobiłem krok w przód. Zamarłem. Na środku podłogi leżał brunet. Nie zważając na nic pobiegłem szybko do loczka i potrząsałem nim. Chłopak odkaszlnął, spojrzał w moje oczy i uśmiechnął się szeroko.
- Connor...
- Bradley! Ty żyjesz! Tak się martwiłem! Chodź, musimy stąd wyjść. - Próbowałem go podnieść.
- Nie mam sił.. - Ledwo pomogłem mu usiąść.
Jesteśmy tylko my, po części ciemność i cisza. Dziwna cisza. Taka ciesząca. Kiedy nie ma przy mnie loczka, dzieją się przeróżne, straszne rzeczy.. Dlaczego tak się dzieje?
Jaki jest tego wniosek?

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 8 "To jeszcze nie koniec"

Zerwałem się na równe nogi. Podbiegłem do jednej ze ścian i próbowałem wyciągnąć jakąś cegłę. Po nieudanych próbach odwróciłem się i zdębiałem. Nie było czwartej ściany przede mną. Rozciąga się kolejny korytarz.
Nienawidzę korytarzy, ale trzeba znaleźć Bradleya.
Niepewnie ruszyłem. Chwilę potem zacząłem biec. Wtem były dwie drogi do wyboru.
Pójść w lewo? Czy jednak pójść w prawo? W którą stronę by poszedł Bradley? Na ścianie z lewej strony jest napisane "To jeszcze nie koniec."
Skręciłem w prawo. Zacząłem wołać chłopaka.
- Bradley! Bradziu! Gdzie jesteś? - Rozglądałem się wszędzie.
- Bradziu. Gdzie jesteś. Bradley. Bradley! - Słyszałem szepty powtarzające moje słowa.
Zatrzymałem się i powoli obracałem. Widziałem jak kilka cieni przemieszcza się w moją stronę. Spanikowałem i biegłem przed siebie. Zerknąłem w bok. Niedaleko mnie był jeden z nich, lecz większy niż inne. Odwrócił się a moją stronę. Złapaliśmy kontakt wzrokowy. Wyszczerzył swoje wielkie zębiska w psychiczny uśmiech. Zbliżał się do mnie z ogromną prędkością. Gdy był coraz bliżej mnie, widziałem dokładniej jego wyraz twarzy. Oczy miał.. o zgrozo... Jego oczy.. Były całkiem puste. To coś rzuciło się na mnie. Ostatnie co widziałem to jak był cały we krwi i kąsał mnie do końca. Aż wyssie ze mnie wszystko.
Czy słyszysz mój krzyk?
Czy słyszysz mój wrzask?
To tylko strach.
Czuję się zagubiony w tym świecie.
Czy mi pomożesz?
Czy słyszysz moje wołanie?
Czy mnie słyszysz?
Obudziłem się. Miałem cały rozmazany obraz. Co się właściwie stało? Ledwo wstałem z zimnych kafelek. Kuśtykałem. Och, rażące lampy migoczą. To gorsze niż by normalnie świeciły. Na kafelkach były różnej wielkości plamy. Podniosłem wzrok do góry. Miałem złe przeczucia co do krwi, która znajdowała się wszędzie. Na podłodze, ścianach i suficie. Muszę być silny. Muszę pokonać ten odór. Przyspieszyłem tępo. Nie wiem jak długo szedłem. Nogi mi odpadały. Stałe światło! Zacząłem biec w jego stronę. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu. Spojrzałem na ścianie. Po mojej stronie jest napisane "To jeszcze nie koniec." Spojrzałem w prawo. Na końcu korytarza było pomieszczenie.
Zaraz, zaraz... Ja tu byłem! Błądziłem cały czas w kółko!
Upadłem na kolana. Osłabłem. Jestem wściekły. 
- CO TO ZA CHOLERNA GRA?! WYPUŚCIE MNIE STĄD!!! - Wrzeszczałem. Waliłem pięściami w podłogę i dławiłem się łzami. 
JAK JA MAM SIĘ STĄD WYDOSTAĆ?!

środa, 7 października 2015

Rozdział 7 Bradley?

Schodziliśmy w ciemną otchłań. Kompletnie nic nie widziałem. Nie miałem niczego, czym mógłbym oświecić drogę.
- Brad.. Widzisz coś?
- Nie, a ty?
- To bezsens! Mówiłem zostańmy na górze!
- Marudzisz.. - Powiedział i schodził dalej.
Miewałem wrażenie, że te schody nigdy się nie skończą. W tym momencie pokonaliśmy ostatni stopień. Na końcu ciemnego korytarza, widziałem mrugające światełko. Złapałem loczka za rękę i pędziłem na przód.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, wbiegłem na drzwi by błyskawicznie je otworzyć. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, odbiłem się i upadłem na plecy.
- Co jest? - Podniosłem się i podszedłem do tych drzwi.
To bardzo dziwne, że nie zauważyłem, że te drzwi nie są prawdziwe.
- Bradley.. Czy ty też to zauważyłeś? - Odwróciłem się.
Jednak nie było nikogo przy moim boku.
- Bradley? Bradley! - Wołałem go.
Odpowiadała mi tylko głucha cisza. Pobiegłem w kierunku, z którego przyszedłem. To nie możliwe...
Byłem sam w zamurowanym pokoju. Jakim cudem? Macałem cegłę, po cegle łudząc się, że jest jakieś tajemnicze przejście.
Jednak to na nic. Złapałem się za głowę. Co ja teraz pocznę? Zjechałem po ścianie na podłogę. Usiadłem w kącie. Światło zaczęło mrugać. Zaczęły się wrzaski. Zacisnąłem dłonie na swoich uszach. Zaraz ogłuchnę! Poczułem nagły spadek temperatury w tym pomieszczeniu. Było jeszcze zimniej niż w momencie, kiedy szedłem po schodach. Nagle cisza. Czy już ogłuchłem? Czy to właśnie to ta chwila? Odchrząknąłem. Słyszałem to. To znaczy, że krzyki ustąpiły. Nawet światło przywróciło się do porządku. Było przeraźliwie spokojnie. Coś tu nie gra. Próbowałem wstać, lecz z niewiadomych mi przyczyn, podłoże zaczęło się trząść jak i wszystko. Ze ścian sypały się jakieś prochy, przez co się dusiłem. Skuliłem się i przeczekałem aż całe to trzęsienie minie. Kiedy otworzyłem oczy, przede mną leżała jakaś księga. Mam słabość do książek. Connor! Ogarnij się! Masz jej nawet nie dotykać!
Niestety, ciekawość była silniejsza od rozsądku. Ostatnim razem jak wziąłem książki, stało się coś okropnego, a teraz? Ale co teraz mogłoby się stać?
Sięgnąłem dłonią w stronę nie tak grubej książki w ciemnobrązowej okładce. Jeszcze jej nie dotknąłem.
Nade mną stała dziewczyna. Krwawa dziewczyna. Patrzyła tępo w moje oczy. Nic jednak nie robiła szczególnego. Tylko się gapiła bez żadnej emocji. Miałem ciarki na plecach. Czułem się niezręcznie.
- Miałam Ci coś powiedzieć, ale zapomniałam co.. - Powiedziała przechylając głowę na ramię.
- Żebym nie dotykał książki?
- Ależ nie! Specjalnie Ci ją podarowałam, żebyś zobaczył prawdę! Jednak miałam jeszcze jedną sprawę.
- Mogę zadać pytanie? - Kiwnęła głową. - Gdzie jest Bradzio?
- Słowa ranią, niszczą i okaleczają psychikę.
- Proszę? - Nie do końca jej rozumiałem.
- Jestem Annabelle. - Podała mi powoli rękę.
- Connor. - Uścisnąłem.
- Wiem kim jesteś! Szukałam Cię przez dłuugi czas!
Nagle nie stąd ni zowąd zerwał się silny wiatr.
- Oh nie! Na mnie już pora! Connor, schowaj tą książkę do swojej torby. NIE DAWAJ JEJ NIKOMU! KIEDY BĘDZIESZ SAM, PRZECZYTAJ JĄ! ALE TYLKO JAK BĘDZIESZ SAM! - Krzyknęła i wraz z wiatrem wywiało ją przez jedną ze szpar.
Jestem osłupiony tą sytuacją. Dlaczego mam ją przeczytać, kiedy będę sam? Czegoś tu nie rozumiem. Kolejna jakaś tajemnica? Lecz zaraz, zaraz... Nadal się nie dowiedziałem gdzie jest Bradley!
______________________________

Witam!
Wiem, że nie wszyscy czytają notek pod rozdziałami, ale będzie krótko:
Nowa postać : ANNABELLE
Jest to postać zapożyczona, przedstawiona w innym świetle. Będzie się ona czasami pokazywać w tym ff. Z opowiadania "Amnesia" o Tristanie Evansie. Dostępna na wattpadzie! 

Dziękuję za uwagę xx Maddie

poniedziałek, 28 września 2015

Rozdział 6 Co Jest?

- Connor! Co Ci jest?! - Przeraził się loczek.
Ja natomiast uklęknąłem. Poczułem, że to koniec. Nie mogłem wziąć najmniejszego oddechu. Odkąd minąłem próg szpitala, zaczęło mi się kręcić w głowie i było mi niedobrze. Słyszałem piski, wrzaski i płacz. Miałem wrażenie, że głowa mi pęknie. Złapałem się za klatkę piersiową. Uczucie włożonego ostrza. Dusiłem się. Byłem w szoku. Nigdy nie miałem takiego czegoś. Męczyłem się tak długo, aż miałem mroczki przed oczami i odpłynąłem całkowicie. Nie czułem już nic z kończyn. Byłem sparaliżowany. Jedyne co słyszałem to krzyk rozpaczy.
Czy to deszcz?
Ależ nie, to tylko Twoje łzy..

Skarbie, dlaczego płaczesz?

Wyznaj mi powód.

Ponieważ cierpię kiedy widzę Cię czerwonego od ryku.
Skarbie, dlaczego krzyczysz?
Wyznaj mi powód.
Tylko ja Cię słyszę.
Skarbie, przestań.
Walnięcie z pięści w moją klatkę piersiową.
Nagle odżyłem. Nade mną klęczał zapłakany brunet. Spłynęła pojedyncza łza.
Jakby rozumiał moje myśli. Patrzyłem jeszcze przez chwile w jego brązowe tęczówki. Wstałem, otrzepałem spodnie. Stanąłem jak wryty na środku korytarza.
- Bradley.. - Zadrżał mi głos.
- Tak? - Spojrzał na mnie nie wiedząc co się stało.
- To nie jest ten szpital.. Jesteśmy w całkiem innym miejscu...
Podszedłem do jednej ze ścian. Były widoczne cegły. Ściany nie były otynkowane.. Na podłodze roiło się od plam krwi. To miejsce od razu spowodowało, że włosy stanęły mi dęba. Jakaś siła wywaliła mnie na brudną podłogę. Od razu szukałem ją wzrokiem. Nagle jeden cień biegł w stronę długiego korytarza. Rozpłynął się gdzieś w ciemnościach. Byłem zdezorientowany. 
Gdzie ja w ogóle jestem?! Przecież wsiadałem do auta McCurdiego! 
Odwróciłem się. Ujrzałem jak czarna postać stoi za Bradem i trzyma coś w ręce. Bez żadnego zastanowienia rzuciłem się na niego upadając ponownie na podłogę. Spojrzałem w górę. Nikogo nie ma.
- Odbiło Ci, czy jak?
- Wybacz.. nie czuję się pewnie tutaj.. Nie powinniśmy zostawać tutaj ani chwili dłużej.
Kierowałem się ku drzwiom od wyjścia. Wtem zatrzasnęły się przed moim nosem. 
- To tylko przeciąg. - Machnąłem ręką i się zaśmiałem.
Lecz drzwi jak były zakneblowane, tak nie mogłem ich otworzyć. Patrzył na mnie pytająco. Przełknąłem gorzko ślinę.
- Dobra, może poszukajmy innego wyjścia. - Szedłem ścieżką wyznaczoną przez znaki informujące.
Dostałem gęsiej skórki i było mi coraz to zimniej. Nagle droga na tym piętrze została skończona. Przed nami rozpoczęły się schody. Schody, które prowadziły nas w dół.
Nie przypominam sobie, żeby na parterze były jakieś cholerne schody!
Zacząłem panikować. To nie wróżyło nic dobrego. Z doświadczenia wiem bardzo dobrze, że tam nie ma żadnego wyjścia ewakuacyjnego. Jesteśmy zgubieni! Nie widzę drogi powrotnej! Jak my teraz zawrócimy?!
- Na co czekasz? Na oklaski? - Z bójki pomiędzy mną, a moimi myślami, przerwał jego głos.
Myślałem, że dostanę zawału. On już stał, na którymś ze schodków i czekał na mnie.
- Bradley, wróć do mnie. - Wyciągnąłem do niego dłoń.
Ten jednak pokiwał głową i schodził coraz niżej.
Zszedłem na dół za nim.
Ja go kiedyś ubiję....

niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział 5 Podróż

Podbiegliśmy do samochodu. Tak jak myślałem. Należał on do doktora McCurdiego. Usiadłem z przodu na miejscu pasażera, a Brad - z tyłu. Oparłem się o skórzane siedzenie i czekałem aż samochód ruszy. Poczułem, że ktoś na mnie się patrzy. Otworzyłem oczy i odkręciłem się do Brada. Chłopak patrzył się dziwnie na mnie a to na lekarza.
- O co chodzi? - zapytałem.
- Czemu on nam nie karze wysiąść? Nie widzi nas czy jak?
- No nie widzi.
- Ale czemu?
- Bo jesteśmy duchami Brad.
- Mhm.. ZARAZ CO?! Jakimi duchami?
- Normalnymi. - przysunął się bliżej mnie. Zrozumiałem, że muszę mu wytłumaczyć czemu nimi jesteśmy. - Otóż jesteśmy duchami, ponieważ Ty popełniłeś samobójstwo...
- Co zrobiłem!? - przerwał mi. - Dlaczego?
- Cóż daj mi dokończyć... wracając, a ja nim jestem, ponieważ padłem pod samochód kiedy wracałem z pogrzebu.
- No, ale czemu ja się zabiłem?
- Dowiesz się w swoim czasie Brad. - odwróciłem się i z powrotem oparłem się o fotel.
Słyszałem jak loczek mruczy coś pod nosem. Zamknąłem oczy. Zacząłem się zastanawiać czy dobrze zrobiłem, że mu nic nie powiedziałem. W sumie miał prawo wiedzieć co się z nim wcześniej działo. Odwróciłem się i spojrzałem na chłopaka. Trzymał głowę opartą na dłoni i wyglądał przez okno. Chyba o czymś myślał. Spojrzałem przez przednią szybę z zdałem sobie sprawę, że niedługo dojedziemy tam gdzie się poznaliśmy. Do prychiatryka. Ponownie spojrzałem na Brada. Stwierdziłem, że muszę mu powiedzieć.
-Brad.. - spojrzał na mnie. - To.. to tutaj się poznaliśmy.
- Co? Nie gadaj głupot. Niby czemu miałbym być w psychiatryku?
- Odwiń rękawy...
- Po co?
- Po prostu je odwiń i spójrz na ręce..
Przysunął się do mnie i zaczął powoli podwijać rękawy koszuli. Powoli widać było blizny oraz rany. Rękaw był już przy łokciu. Złapałem go za prawą rękę żeby przestał podwijać. Spojrzałem na niego. Miał w oczach łzy.
- Jestem głupi. - stwierdził.
- Nie, nie jesteś.
- Jestem, nie zaprzeczaj. Gdybym nie był nie robiłbym tego. - spojrzał mi w oczy. - Wiesz może czemu to robiłem?
- Niestety nie powiedziałeś mi tego, ale wiem, że byłeś w psychiatryku długo. Bardzo długo. Dłużej niż każdy z takimi problemami niż Ty.. - ostatnie zdanie powiedziałem szeptem.
- Czyli jak długo tam byłem?
- Chyba 2 czy 3 lata, nie jestem pewien..
- Aż tyle? A co z moją rodziną?
- Nie wiem Brad, na prawdę. Nic o nich mi nigdy nie wspominałeś.
- Nie odwiedzali mnie?
- Od kiedy ja tam byłem nikt Ciebie nie odwiedzał... W sumie mnie też nie. - uśmiechnąłem się do niego.
Nagle samochód się zatrzymał. Rozpoznałem parking niedaleko zakładu psychiatrycznego. McCurdy wyjął kluczyki ze stacyjki i otworzył drzwi. Wyszedł z samochodu. Nim zamknął drzwi od strony kierowcy, my już byliśmy przy drzwiach wejściowych. Chwyciłem za klamkę.
- Wiesz dokładnie o co może chodzić w tej zagadce?
- Ta.. chyba tak.. - otworzyłem drzwi i weszliśmy do środka.

środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 4 Czas

Czas ucieka, a ja nadal nie wiem co robić.. Od czego zacząć? Brad nic. Kompletnie nic nie pamięta. Staram się jak mogę, a on tak po prostu mnie odpycha. Odpycha moją pomoc. Przecież musi dotrzeć na swoje miejsce. Właśnie! Trzeba ogarnąć najpierw gdzie jest jego miejsce!!
Wstałem. Jane spojrzała na mnie pytająco.
- Co robimy?
- Wsiadamy! - Pociągnąłem ją za rękę i przedarliśmy się do busa, który wracał. - Na pierwszym przystanku wysiadamy.
Zajęliśmy miejsca.
- Skąd wiesz, że nie jedzie gdzie indziej?
- Zaufaj mi. Tak mi podpowiada intuicja.
Pojazd się zatrzymał. Wybiegliśmy. Na tym przystanku wysiadł Bradley. Gdzie on jest? Może być wszędzie.
Kręciłem się w kółko. Nie mogłem się zatrzymać. Nie panowałem nad tym. Upadłem. Nad sobą ujrzałem znajome mi buty. Podniosłem wzrok wyżej.
- To znowu ty? Śledzisz mnie czy jak? - Zerwałem się i go przytuliłem.
- Uwierz mi lub nie, ale musisz wrócić na swoje miejsce!
- Jakie miejsce? O czym ty gadasz? - Nie rozumiał.
- Chodź ze mną. - Złapałem go za rękę.
Szliśmy razem w nieznane mi tereny. Nie przeszkadzało mi to, że szedłem gdzieś. Byłem z ukochaną osobą. Zatrzymałem się. Złapałem go za obie ręce. Spojrzałem głęboko w oczy. Chłopak czerwienił się. Rozbawiło mnie to.
- Bradley.. Czy ufasz mi na tyle, żeby pójść ze mną daleko?
- Jak daleko?
- Tam gdzie twoje miejsce.. Bo wiesz.. Aktualnie nie pamiętasz niczego. Tam na miejscu ją odzyskasz.
Przytaknął na znak, że rozumie.
- Dobrze. Tylko zapytam kolejny raz. Gdzie jest moje miejsce?
- Sam nie wiem, ale dostaliśmy zagadkę aby je znaleźć.
Popatrzył na mnie dziwnie. Nic się nie odezwał. Widziałem, że nadal mi nie ufa. Postanowiłem spędzić z nim miły czas, żeby się przekonał do mnie. Zacząłem mu opowiadać trochę o naszej przeszłości.. Oszczędziłem mu naszych intymnych wspomnień. Za dużo by mu było jak na dzisiaj. Znowu ją słyszałem. Jego barwę śmiechu. Kocham ją. Kiedy widziałem jego uśmiech, byłem szczęśliwy. Tym bardziej, że to nie ten sam wymuszany i bez blasku uśmiech co w psychiatryku... Sam już nie wiem czy chcę, żeby odzyskał pamięć. Możemy na nowo odbudować wszystko. Nie byłoby już bólu. Nie byłoby wypominanych dawnych dziejów.
- Powiesz mi tą zagadkę w końcu, czy nie? - Spoważniał.
- W dziwnym to domu się dzieje, nie wiadomo księżyc czy Słońce się śmieje. Niezależnie od godziny, każda istota potrzebuje miłej chwili. Różne rzeczy tam się dzieją, lecz nie dojdziecie tam aleją. To miejsce jest normalne, jednak nawet czasem muzyczno-wokalne.
- Kto takie chore zagadki wymyśla? - Zaśmiał się.
Nagle nas coś oślepiło. Stałem się niewidomy. Po chwili już wiedziałem kto przybył.
- Tik tak. Tik tak. Znajomy jest dla was ten dźwięk? - Zapytał Anioł.
- To zegara dźwięk. - Oznajmił Brad. - Kim ty jesteś?
- Twoim ex stróżem. Czas wam mija i mija, a wy nadal nie jesteście na miejscu.
- Oświeć nas w którą stronę mamy iść! - Wkurzyłem się.
- Nie mogę wam tego powiedzieć.. Wyleją mnie.
- Błagam Cie no.. Zostało nam kilka godzin na dojście!
Anioł bez słowa wskazał dłonią. Zerwałem się i biegliśmy w tamtą stronę.
- Teraz mi już wierzysz? - Zaciągnąłem się inhalatorem.
Loczek kiwnął głową.
- Jak tak dalej pójdzie, to trafimy do psychiatryka. - Zaśmiał się.
Potknąłem się. Wszystko zaczęło się układać do kupy. W dziwnym domu to się dzieje...
Że też wcześniej na to nie wpadłem! To oczywiste, że chodzi o psychiatryk!
Brad pomógł mi wstać. Przetarłem oczy. Czy mnie wzrok nie myli? Kojarzę tego gościa.
- Biegniemy do tego samochodu! - Wskazałem i razem wykonaliśmy czynność.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 3 Znalazłem?

Udaliśmy się w stronę w którą poszedł loczek.
- BRAD, BRAD - krzyczeliśmy, ale nikt nie odpowiadał.
Po piętnastu minutach daremnego szukania załamany usiadłem na pobliskiej ławce. Jane zrobiła to samo.
- Już po nas. Nie znajdziemy to przed upływem 24 godzin. - powiedziałem załamany.
-  Znajdziemy go, obiecuję - dziewczyna poklepała mnie po ramieniu. - A teraz wstawaj. Trzeba go znaleźć.
- Jane... przeszukaliśmy cały park.
- Dlatego musimy przeszukać całe miasto.
- To zajmie nam wieczność.
- Jeżeli się pospieszymy to na pewno nie.
Wyszliśmy z parku.
- Gdzie idziemy teraz? - zapytałem.
- Przed siebie.
- O to mi dużo wyjaśnia. - spuściłem głowę i powlokłem się za dziewczyną.
Szliśmy ulicą w nieznaną mi stronę. Jane nie chciała mi powiedzieć dokąd mnie prowadzi. W końcu zatrzymała się i patrzyła na słup.
- Co ty słupa nie widziałaś? - zapytałem
- Czytam rozkład jazdy. - oznajmiła. - Nie będziemy ciągle szli to za dużo czasu by nam zajęło.
- Ta tylko ja nie mam pieniędzy na bilet.
- Ja też nie.
- To jak chcesz pojechać?
- Przypominam, że jesteś duchem, ja również, nikt nas nie widzi, więc nikt nie będzie żądał opłaty. - pokiwałem głową na znak, że rozumiem. - Autobus powinien być za dwie minuty.
Resztę czasu spędziliśmy w milczeniu. Te dwie minuty strasznie mi się dłużyły. W końcu na przystanku zatrzymał się pojazd. Drzwi się otworzyły i zaczęli wchodzić i wychodzić z niego ludzie. Przecisnęliśmy się między nimi i poszliśmy na miejsca znajdujące się na samym końcu. Na jednym z siedzeń ujrzałem Brada.
- Bradziu! To Ty! Martwiłem się - usiadłem obok niego. 

Odwrócił się w moją stronę.
- Ah to Ty... Czego chcesz?
- Żebyś poszedł ze mną i z Jane.
- O nie. Nie ma mowy świrusie.
- No, ale czemu?
- Hmm niech pomyślę... Bo ja was nie znam i hmm... zachowujecie się jakbyście uciekli z psychiatryka.
- Tam właśnie się poznaliśmy. - mówię pod nosem.
- Co ty tam mówisz? Mów głośniej, bo nic nie słyszę.
- Nic, nic nie mówiłem.
- To dobrze, a teraz idź do swojej koleżanki, żegnam.
- Cześć Brad. -odpowiedziałem i wstałem. 
Tak jak kazał poszedłem do Jane. Skierowałem wzrok na loczka.
Dlaczego on taki jest? Dlaczego mnie nie poznaje? Dlaczego nie da mi nic wytłumaczyć? Dlaczego? Nie widzi, że ja chce mu pomóc, że chce dla niego jak najlepiej...
Autobus się zatrzymał. Brad wstał ze swojego siedzenia. Jane zrobiła to samo, a ja siedziałem i nadal miałem wzrok utkwiony w miejsce gdzie siedział chłopak. Dziewczyna mnie szturchnęła abym się ruszył, ale ja nadal siedziałem. Drzwi autobusu zamknęły się i pojazd ruszył.
- Brawo teraz na pewno go nie znajdziemy. - powiedziała.
- Oj daj spokój. - nadal nie odrywałem wzroku od fotela. - Znajdziemy go jeszcze.
- No ja mam nadzieję, bo to była na prawdę świetna okazja. Minęło trochę czasu zanim pojazd znowu zatrzymał się na przystanku. Kiedy stanął na chwilę, wybiegliśmy z niego od razu.
Zaczęliśmy się rozglądać po całej okolicy, w której aktualnie przebywaliśmy.
Jane wzruszyła ramionami na znak, że nie wie gdzie się znajdujemy.
Ale czy ja znam to miejsce? Coś mi się kojarzy. Coś mi świta. Lecz nie jestem pewny..
Ruszyłem przed siebie.
- Connor? Gdzie idziesz?
Ignorowałem jej pytania. Rozglądałem się po drzewach, krzakach, a nawet małe ptaszki zaczynały mnie bardzo ciekawić.
Tkwiłem już tak długo w tym psychiatryku... Nie pamiętam kiedy ostatni raz szedłem sobie na spokojnie poboczem jezdni. Nagle doświadczyłem dziwnego uczucia... Jakbym tu już kiedyś był, ale nie na chwilę.. Jakbym tu spędził parę lat...
Podniosłem głowę do góry. Moim oczom ukazał się dom w kolorze ciemnego brązu. Nagle na podwórko wjechało srebrne auto. Z niego wyszła dwójka dzieci, oraz ich rodzice.
Coś mnie zabolało. Złapałem się za klatkę piersiową i uklęknąłem. Z moich oczu zaczęły wypływać łzy. Czułem w dłoni ciecz. Popatrzyłem się na nią. Cała we krwi..
Dlaczego ja krwawię? Dlaczego? Przecież jestem duchem.
Jane pomogła mi wstać. Wszedłem za rodziną do wnętrza budynku. Pobiegłem szybko na górę. Otworzyłem drzwi od pokoju. Wszedłem do środka. W mojej głowie narastał przerażający hałas. Złapałem się za nią. Nagle ktoś się przewrócił przeze mnie. Usłyszałem śmiech osoby trzeciej.
- Denis! Nie potrafisz chodzić? - Dziewczyna wiła się ze śmiechu na kanapie.
Zerwałem się na równe nogi. Podszedłem do niej i przyjrzałem jej się z bliska. Nigdy przedtem jej nie widziałem. Dostała gęsiej skórki. Za blisko podszedłem. Zbiegłem po betonowych schodach w dół. Przeszedłem z korytarza do salonu.
Tak wiele się pozmieniało, a jednak wcale.
- Tato? Tato! Co to za kobieta? Kim ona jest?! - Wkurzyłem się na widok jakiejś plastikowej laluni.
Lecz zdzierałem gardło na darmo. Zaciągnąłem się inhalatorem. Nie słyszał mnie. Nikt mnie nie słyszał.
Zdradza mamę! Już wszystko jasne! Ale.. od kiedy to już trwa? Przecież ta dziewczyna jest prawie w moim wieku... Muszę znaleźć mamę! Ale najpierw Brada.. lecz on nigdzie ze mną nie pójdzie, więc lepiej mamę znaleźć.. CO JA MAM ROBIĆ?!
Wybiegłem z tego domu jak najszybciej. Moje myśli rozwalały mi głowę.
Rzeczywistość jest zbyt bolesna. Nie lubię jej.
Załamałem się, nie wiem kompletnie co mam robić. Od czego mam zacząć? Dlaczego to wszystko jest takie skomplikowane? Płakałem. Sam nie wiem czemu, ale płakałem. Chyba dlatego, że czułem się okropnie przybity i samotny. Jane mi wcale nie pomagała. Stała tylko i się patrzyła. Jakby czekała na coś. Albo na kogoś.
To cholernie boli. Boli to, że widzisz osobę, która jest szczęśliwa bez Ciebie.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 2 Złe Wieści?

Niczego tutaj nie rozumiem.. Myślałem, że jak umrę to zaznam spokoju w końcu.. a ja się dowiaduję, że coś złego się stanie..
- Kim jesteś i jakie złe wieści? - Nie wytrzymałem.
- Och wybacz, byłem Aniołem Stróżem Bradleya. Te złe wieści są takie, że niestety, ale kazano mi przekazać, że Brad musi wrócić na swoje miejsce w ciągu 24 godzin, w przeciwnym razie zostanie tutaj w nicości i będzie się błąkać tutaj sam.
- Ale jak na swoje miejsce? Gdzie jest moje miejsce? - Podrapał się po czuprynie.
- Jak każdemu, daję zagadki. Musicie dojść do tego miejsca przed upływem 24 godzin. Pamiętajcie.
Przytaknęliśmy.
- A więc! - Zaczął Anioł. - W dziwnym to domu się dzieje, nie wiadomo księżyc czy Słońce się śmieje. Niezależnie od godziny, każda istota potrzebuje miłej chwili. Różne rzeczy tam się dzieją, lecz nie dojdziecie tam aleją. To miejsce jest normalne, jednak nawet czasem muzyczno-wokalne. Pamiętajcie macie dobę na rozwiązanie zagadki.
- Już wiem! Wiem co to jest! - Podskoczył uradowany loczek.
- Powodzenia! - Zniknął.
Zniknęło wszystko
Wstałem z silnym bólem głowy.
Gdzie ja jestem? Gdzie mnie znowu wyniosło?
Stałem na mokrej od porannej rosy trawie. Rozglądałem się po całym otoczeniu.
Jestem w parku, ale gdzie jest Brad?!
Zacząłem szukać bruneta. Usłyszałem szelest. Odwróciłem się i spojrzałem na krzaki. Podszedłem powoli.
- Ugh, moja głowa.. - Od razu rozpoznałem czyj to głos.
- Bradley! Skarbie! - Ucieszyłem się i pomogłem mu wstać.
W pewnym momencie pobladł. Był zszokowany? Zdziwiony? Zrobił wielkie oczy i odsunął się ode mnie.
- Kim ty jesteś? - Zapytał przerażony.
- Brad, powiedz, że robisz sobie jaja..
- Kim ty jesteś?! - Cofnął się kilka kroków.
W tej chwili myślałem że mi serce pęknie.
Co mu się stało? Jeszcze przed chwilą się przytulaliśmy, a teraz nie pamięta kim jestem? To chore!
- Bradziu, to ja. Connor. Nie pamiętasz mnie?
- My się znamy? - Otrzepał swoje spodnie z piasku.
- Tak, powiedz mi, co pamiętasz sprzed 30 minut?
- Uhm.. Upadłem. - Złapał się za głowę.
Spoglądał na mnie wrogo. Czułem się strasznie. Nie wiedziałem co powiedzieć..
- Gdzie w ogóle jesteśmy? - Zapytał.
- W parku. Sam nie wiem jak tutaj się dostaliśmy..
Popatrzył na mnie jak na konkretnego idiotę. No tak, przecież nic nie pamięta to mnie nie rozumie.
- Zaczekaj! Brad! Dokąd idziesz? - Próbowałem go dogonić.
- Zostaw mnie.
- Gdzie idziesz?
- Daleko od gatunku ludzkiego.
Ale.. przecież umarłeś.... No i co ja mam teraz zrobić? Jeszcze do tego mamy wyliczony czas i ta chora zagadka! Ja tylko chciałem być blisko mojego Bradzia.. a nie rozwiązywać popieprzone zagadki. Loczek wiedział o co chodzi zanim.. DLACZEGO MNIE TO SPOTYKA NAWET PO ŚMIERCI?
Ze swoich myśli wyrwały mnie wrzaski i piski. Odwróciłem się błyskawicznie.
Zacząłem biec w stronę spanikowanego bruneta.
- Co się stało? - Zatrzymałem się zadyszany.
Pomimo tego, że jestem duchem, nadal się duszę to bardzo dziwne.. za bardzo.
Wyciągnąłem z kieszeni inhalator i zaciągnąłem się dwa razy.
- Bierzesz prochy?
- Ta, to prochy, które nie pozwalają mi się udusić.
- Zaraz, zaraz.. Dlaczego mnie widzisz?
- A mam Cię nie widzieć?
- Tamten facet przeszedł przeze mnie! - Krzyknął i wskazał na wysokiego, szczupłego mężczyznę w szarym garniturze.
- Brad uspokój się. - Przytuliłem go.
- Ej, bo ktoś nas zobaczy.. - Powiedział cicho.
- Niech patrzą i widzą jakiego mam najlepszego misia we wszechświecie.
Nagle mnie odepchnął.
- Ty weź sie lecz. - Wskazał palcem na swoje czoło i odszedł.
Poczułem pustkę. Czułem się jakbym dostał w twarz.
Siła
Czym jest siła? Nie mam pojęcia. Czy ja mam jeszcze serce? Oczywiście, że nie. Więc co mnie w tej chwili boli? Connor, bądź silny. Nie rycz. Mówię nie rycz! - Na próżno.
Widziałem jak cząstka mnie odchodzi. Sam. Nie mogę powstrzymać swoich łez. Usiadłem na ławce załamany.
- Krwawisz. - Usłyszałem.
- Słucham? - Wytarłem łzy i spojrzałem na szatynkę w długich włosach.
- Krwawisz. - Wskazała na moją klatkę piersiową.
Spojrzałem w to miejsce. Spanikowałem. To było dziwne.  Miałem dziurę na swej piersi chociaż tego nie czułem. Zerknąłem jeszcze raz na dziewczynę. Przymrużyłem oczy.
- Jane? - Zdziwiłem się.
W odpowiedzi otrzymałem szeroki uśmiech.
- Jakim cudem ty.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Nie posłuchałeś napisów na przodzie książki.
- Skąd wiedziałaś o nich? - Uniosłem brwi.
- Po tym jak McCurdy wezwał księdza, umarłam w połowie egzorcyzmu i obserwowałam was.
To dlatego przeszywało mnie to dziwne uczucie, jakby ktoś nas cały czas obserwował.
- Co się stało z Bradleyem? - Zapytała
- Sam nie wiem.. Wszystko było dobrze, dopóki się tutaj nie przenieśliśmy. Jakby poprzestawiało mu się w głowie.
- Musisz go jak najszybciej znaleźć Connor. Samotna dusza jest tylko przynętą.
- Przynętą?
- Pomogę Ci go szukać. Czas wam powoli się kończy. Jak brzmi zagadka?
- Też dostałaś taką dziwaczną?
- Normalną. Mówże.
Jak można dostać normalną zagadkę? Jeżeli ona dostała w miarę normalną, to dlaczego my z Bradem dostaliśmy takie dziwaczne coś?? To nie sprawiedliwe! a może miała po prostu normalnego Anioła stróża? 
Kiedy powtórzyłem treść swojej zagadki. Zamyśliła się.
- Wiesz co? Serio jest poryta. - Rzuciła i wstała. - Ale lepiej znajdźmy twojego Brada.
Mojego Brada.. Dlaczego mnie zabolały te słowa? Czułem jak już nie jest mój.. Jest mi teraz całkiem obcy. ale nie wiem, czy nie jestem jego jedyną pomocą. W końcu razem mamy się znaleźć w tym miejscu. Muszę mu wskazać drogę. Nie mogę go zostawić samego, pomimo tego, że mnie zranił. Zranił mnie słowami. Jestem jego nadzieją. Muszę mu pomóc najlepiej jak tylko potrafię.

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 1 Gdzie Jestem?

Szczęście..
Co to takiego jest szczęście? Jak je zaznać? Gdzie je szukać?
Dla każdego, szczęście jest w różnej postaci, oraz oznacza co innego. Niektórzy nadają imiona swoim szczęściom. Należę do takich osób, a moje szczęście ma na imię Bradley.
A no właśnie, gdzie ja jestem?
Widzę ciemność. Jestem sam w ciemności.
Gdzie mam iść? W którą stronę? Chyba się zgubiłem. Którędy droga?
Szedłem przed siebie. Nagle w coś wszedłem.
- Ej uważaj trochę co?! - Odezwał się pewien facet.
Odskoczyłem przerażony do tyłu.
- Przepraszam, nie zauważyłem pana.. Tu jest tak ciemno.. - Zacząłem się tłumaczyć.
Spojrzał na mnie uważnie i rechotał. Przerażał mnie ten rechot. Jeszcze do tego kaszlał.
- Nowy? - Zapytał.
- Nowy, ale w czym? - Nie rozumiałem.
Wybuchł śmiechem. To było dla mnie przedziwne uczucie. Ciemno wszędzie, a ten człowiek świecił..
Jakby posmarował się cały farbą fluoroscencyjną koloru zielonego.
- Co tu robisz? Taki młody? - Podszedł do mnie powoli.
- Chyba się zgubiłem..
- Chyba tak. - Przytaknął
- Gdzie ja jestem? - Spojrzałem w jego oczy. 
Oczy? Co ja mówię? On nie miał oczu. Miał tylko czarne dziury w ich miejscu.
- Spójrz, co widzisz?
- Ale gdzie mam spojrzeć? - Rozglądałem się.
- Wszędzie. - Wskazał ręką.
- Nic nie widzę.. - Położył rękę na moim ramieniu.
- Witam Cię w nicości.
Nicości? Gdzie? Jak to? To jakiś zły sen..
Przetarłem swoje oczy.
Zielony facet klasnął. Pojawiło się krzesło. Nie dowierzałem własnym oczom. Usiadł. Przedmiot, również miało kolor zielony.
- Jesteś tu tylko ty? 
- A widzisz tu kogoś innego prócz mnie? Było mi pisane siedzieć samotnie.
Nie wiedziałem co go jeszcze zapytać.. Jest tyle rzeczy, na które nie znam odpowiedzi..
- Zastanawiasz się pewnie co tu robisz hm? - Przerwał niezręczną ciszę.
- Tak..
- To proste. Jesteś na razie w pierwszej fazie. - Zaczął.
- Pierwszej fazie czego? - Uniosłem brew ku górze.
- Eh co za tępy dzieciak.. - Burknął pod nosem. - Umarłeś. To jest pierwsza faza. Jesteś w nicości. Później będziesz w piekle, niebie, zejdziesz na ziemie, albo i zostaniesz w nicości. Lecz, uważaj na fałszywców. - Pogroził palcem.
Piekło? Niebo? Ziemia? Nicość? Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że po śmierci jest tak skomplikowanie..
W czarnej otchłani ujrzałem czerwoną mgiełkę. Przymrużyłem oczy. Sylwetka jakiegoś mężczyzny. Zniknęła.
- Connor? To Ty? - Odwróciłem się.
Ta czerwona postać, to Brad. Niezmiernie się ucieszyłem gdy go zobaczyłem.
- Bradziu, to Ty. Myślałem, że Cię już nigdy nie zobaczę! - Wtuliłem się w niego bardzo mocno.
- Conny, bo mnie udusisz! - Zaśmiał się.
Śmiech. Słyszę jego śmiech! Melodia dla moich uszu. Tak bardzo brakowało mi jego osoby przy sobie. Nie mogłem się nacieszyć.
- Słońce.. Nie płacz. Jestem przy Tobie. - Uśmiechnął się szeroko i wycierał łzy z moich policzków.
- Tak bardzo mi Ciebie brakowało Brad..
- Już ćsii.. spokojnie. - Pogładził mnie po głowie i musnął moje usta.
W jego objęciach byłem bezpieczny. Nie bałem się. Czułem tylko ciepło. Jego ciepło.
W pewnej chwili oślepiło mnie bardzo jaskrawe światło. Po paru minutach widziałem ledwo czyjąś twarz.
- Widzę, że miło spędzacie czas w tak mrocznym miejscu. - Powiedział ten ktoś bardzo spokojnym głosem.
- Mrocznym? - Zapytał loczek.
- Bradley.. oj Bradley. - Zaśmiał się - Tu nie ma nic.Spójrz tylko.
- Widzę. Tu jest Connor. Wszystko czego pragnę. Z nim nic nie jest mroczne.. Nic nie jest szare. - Patrzył mi prosto w oczy
- Miło się na was patrzy, ale mam bardzo złe wieści dla was.. - Posmutniał.
Spojrzeliśmy z brunetem po sobie.
Jakie złe wieści? Co się stało?