wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział 22 Amanda

Wbiegłem do kopuły. Dostałem napadu. Obmacywałem każdy centymetr swojego ciała w poszukiwaniu mojego inhalatora. Nie czułem go nigdzie. Spanikowany próbowałem łapać oddech i szukać wzrokiem przedmiotu. Znalazłem go na blacie. Szybkim ruchem ręki zgarnąłem go i wziąłem parę wdechów.
Próbowałem się jakoś uspokoić. Zacząłem masować swoje skronie i ponownie wybrałem datę i godzinę. Wyszedłem z komory.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Bradley wstał i złapał mnie za ramię. Posłał mi swój delikatny uśmiech.
- Już okej. Spokojnie.. Usiądź, a ja za chwilę tu wrócę.
Chłopak posadził mnie na łóżku i wyszedł z pokoju. Nie wiedziałem co mam robić przez ten czas.
Długo nie wracał.. Martwiłem się, że znowu coś się stanie. Pociągnąłem z klamkę i wyszedłem z pomieszczenia. W tym samym momencie zobaczyłem jak Amanda zaczyna bić Brada po głowie.
- Co ty robisz?! - Zatrzymałem ją przed ponownym uderzeniem.
Obydwoje ryczeli. Próbowałem ich jakoś ogarnąć.
- Nienawidzę cię. Jesteś nikim! Obiecałeś palancie! - Uciekła do swojego pokoju.
Przyszła pielęgniarka. Pytała czy coś się stało i po chwili kazała nam wracać do łóżek.
Wróciliśmy do pokoju. Z racji na godzinę, postanowiłem już się powoli kłaść. Ściągnąłem swoją koszulkę. Zorientowałem się, że Brad mi się cały czas przygląda. Podszedłem do niego.
- Co się stało?
- Nic.. - Objął mnie i złożył dwa pocałunki na moim brzuchu.
Dostałem gęsiej skórki i mruknąłem cicho. Pogłaskałem go po głowie i zdjąłem jego bluzkę. Położyłem się na niego całując przy tym jego szyję. Loczek przycisnął mnie do siebie i jęknął cicho.
Przegryzłem lekko jego skórę.
- Con... - Mruknął.
Składałem pocałunki na jego klacie i schodziłem coraz to niżej. Błyskawicznie rozpiąłem jego spodnie i ściągnąłem je z niego. Brunet spojrzał tylko na mnie swoimi czekoladowymi oczami i wyczekiwał na kolejny mój ruch. Posłałem mu tylko uśmiech.
- Nie pogrywaj tak ze mną. - Położył głowę z powrotem.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
O nie. Tak być nie będzie.
Wstałem szybko i się ubrałem. Kiedy Bradley wrócił, przestraszył się mnie.
- Connor... Zawału dostanę. - Złapał się w miejsce serca.
- Dawaj mi to.
Loczek się zmieszał i udawał, że nie wie o czym mówię.
- Słyszysz? Daj mi te tabletki do jasnej cholery. - Wyciągnąłem dłoń.
Wyciągnął małe pudełeczko z kieszeni i podał mi je do ręki. Zrobił się nagle czerwony ze wstydu.
Przytuliłem się do niego i pocałowałem w nos.
- Już dobrze. Jeżeli cię coś męczy, to mi powiedz. Zawsze ci pomogę.
Nagle ruszył się jak poparzony. Najwidoczniej coś mu się przypomniało, albo wpadł na głupi pomysł.
-Pokazać ci miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał?
Kiwnąłem głową na zgodę. Chwycił mnie za dłoń i wyszliśmy z pokoju.
Rozglądał się z jakieś pięć razy i pociągnął mnie za sobą. Nie mogłem za nim nadążyć, a biegł tak szybko, że po kilku minutach dostałem zadyszki. Ciągnął mnie po jakichś schodach na górę.
Czyli jest wyższe piętro?
Otworzył drzwi. Zawiało chłodnym, ale za to świeżym powietrzem.
- Co ty tu do cholery robisz?! - Zaczęła krzyczeć.
- Amanda? Uspokój się proszę.
- Przestań! Po prostu przestań! Nie dotykaj mnie nawet! - Odepchnęła go.
Loczek się poślizgnął i upadł. Kiedy chciał się podnieść, zrobił kilka kroków do tyłu i ponownie upadł. Znalazł się nagle na krawędzi. Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Stresowałem się jak cholera. Nie chciałem tego widzieć.. Nie mogłem.
- Conny... - Był tak samo przerażony jak ja.
Zauważyliśmy wszyscy, że się powoli zsuwa. Zacząłem biec w jego stronę.
Złapałem go za rękę.
- Bradziu, wytrzymasz! Trzymaj się mnie mocno!
- Connor nie mogę.. - Z jego oczu, wyleciały łzy.
- Trzymaj się! Mówię do ciebie!
Puścił uścisk. Myślałem, że zwariuję. Widziałem tylko jak chłopak szybko się ode mnie oddala.
Złapałem się za głowę. Miałem przed oczami obraz, jak nadziewa się o słup.
Myślałem, że rozszarpię tą kobietę. Siedziała skulona na dachu i ryczała.
- Connor, ja nie chciałam... przysięgam... - Wstała gdy podszedłem do niej.
Złapałem ją za włosy i zacząłem ją ciągnąć. Bijąc mnie, próbowała się jakoś bronić..
- To wszystko przez ciebie rozumiesz? - Puściłem ją.
Odwróciłem się do niej plecami. Spojrzałem na swoje ręce.
Nie przypuszczałem, że mógłbym to kiedykolwiek uczynić gołymi rękoma...
-Connor... - Położyła rękę na moim ramieniu.
- Nie dotykaj mnie nawet! - Strąciłem jej dłoń i popchnąłem ją.
Cofnąłem się. Nie chciałem patrzeć jak druga osoba skończy na dole. Uciekłem stamtąd.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 21 Barry

Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Kim ona jest, żeby podnosić głos na mojego Bradzia?
- Martwiłam się..
- Ja też się martwiłem i jakoś na niego nie krzyczę. Jeżeli masz robić mu wyrzuty, to idź stąd.
Dziewczyna zdziwiona moim zachowaniem, stała chwilę bezruchu, a później wyszła z pokoju.
Odwróciłem się i uśmiechnąłem do niego. Usiadłem okrakiem na jego kolanach. Przytuliłem się i pocałowałem go kilkakrotnie w głowę.
- Masz na coś ochotę? Może coś zjesz? Zjemy kolację?
- Możemy.
Wstaliśmy i wyszliśmy na stołówkę. Nikogo już nie było.
- Spóźniliście się. - Powiedziała zachrypniętym głosem kucharka. - Ja wychodzę. Chcecie, to ugotujcie sobie coś sami.
Wyszła.
Przeszliśmy do kuchni pod ladą. Pytałem kilka razy bruneta co by chciał zjeść. Ani razu mi nie odpowiedział pozytywnie.
Znalazłem makaron i zacząłem go gotować. Resztę składników dokładnie wymieszałem ze sobą.
Chłopak siedział przy jednym stoliku.
Ułożyłem makaron w brytfannie i polałem go sosem z mięsem. Powtórzyłem tą czynność jeszcze parę razy. Posypałem koniec parmezanem i wstawiłem do piekarnika na kilka minut. Kiedy wyciągnąłem gotowe jedzenie, pokroiłem na talerze. Wziąłem ze sobą sztućce i podałem danie na stolik.
- Con... Nie wiedziałem, że umiesz gotować tak dobrze.
Pierwszy raz od tak długiego czasu, widziałem, żeby loczek jadł z apetytem. Byłem dumny z siebie, że mu smakuje.
- Masz może jeszcze? - Zapytał oblizując usta.
Zaśmiałem się i przyniosłem mu drugi kawałek. Cieszyłem się, że w końcu je wszystko z talerza.
Patrzyłem na niego z zainteresowaniem.
Kiedy skończyliśmy, wstawiłem naczynia do zmywarki i wyszliśmy ze stołówki.
- Brad? Co ty odwalasz? - Spojrzałem na niego.
Chłopak położył się na podłodze.
- Teraz mnie tocz. - Zaśmiał się.
Zrobiłem co kazał. W pewnym momencie potknąłem się o własne nogi i przewróciłem się na niego. Zaczęliśmy się głośno śmiać. Nagle wyszła pielęgniarka i zaczęła robić nam wielkie wyrzuty, że hałasujemy i powinniśmy już być dawno w swoich pokojach. Zaśmialiśmy się tylko i uciekliśmy do pokoju. Trzasnęliśmy drzwiami. Brad przycisnął mnie do ściany i zaczął namiętnie całować. Mruknąłem cicho i zdjąłem jego bluzkę. Chłopak uczynił to samo i rzucił mnie po chwili na łóżko.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
Byłem zdezorientowany. Tak szybko opuścił mnie i ten pokój. Nie miałem sił wstawać.
Położyłem się z powrotem i spróbowałem zasnąć.
Usłyszałem jak wrócił do pokoju. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać.
- Conny... - Mruknął.
- Kim on jest?
- Kto?
- Daj mi chwilkę Barry.. - Udałem jego głos.
Zmarszczył brwi. Po krótkim czasie zaczął się śmiać.
- Słońce, chyba nie jesteś o niego zazdrosny, co?
- Nie jestem zazdrosny! - Przykryłem się kołdrą.
Do pokoju przyszedł Jack. Kazał mi się ubrać i być za dwadzieścia minut u niego w gabinecie.
Wstałem od niechcenia i zacząłem się powoli ubierać.
- On jest dla mnie nikim... przecież dobrze wiesz...
- Mhm jasne. - Wyszedłem wściekły z pokoju.
Miałem mieć krótką rozmowę z lekarzem o swoim zdrowiu, a przerodziło się to w trzy godziny męczącej peplaniny zwanej terapii. Z gabinetu wyszedłem od razu na obiad.
Ogarnąłem, że nigdzie nie było Bradleya. Zdenerwowałem się. Bezsensownie bawiłem się jedzeniem nadziewając je na widelec. Nieobecność mojego chłopaka, odebrała mi apetyt. Nie potrafiłem nic przełknąć. Odstawiłem tackę z jedzeniem i wyszedłem stamtąd. Czułem, że coś jest nie tak. Biegłem do pokoju.
Zamarłem. Loczek leżał na podłodze z pianą w ustach. Podszedłem do niego. Nie mogłem wyczuć pulsu. Zalałem się łzami.
Wyszedłem z pokoju.
- BARRY! - Zacząłem krzyczeć.
Nie mogłem go nigdzie znaleźć. Jeden z pacjentów wskazał mi drogę, w którą stronę poszedł rudzielec.
Dopadłem go. Chwyciłem go za szyję i zacząłem podduszać.
- Koleś, powaliło cie?
- Co ty mu dałeś?! GADAJ
- Tabletki.. - Powiedział ledwo. - Za żyletke..
Wymierzyłem mu cios w nos. Zaczął krwawić.
- ROZUMIESZ, ŻE PRZEZ CIEBIE ON NIE ŻYJE?!
Po tych słowach wszyscy patrzyli na nas. Uciekłem stamtąd. Muszę zrobić to inaczej.

środa, 24 sierpnia 2016

Rozdział 20

Włączyłem swoją ulubioną playlistę w telefonie. Nudziłem się jak cholera i z ciekawości przesunąłem stare łóżko.
- Znowu się spotykamy. - Przejechałem dłonią po drewnianych drzwiach w podłodze.
Rozwaliłem zamek. Serce waliło mi szybciej. Szybkim ruchem otworzyłem przejście. Zawiało chłodem.
Wyciągnąłem latarkę z szuflady i schodziłem na dół. Z każdym nadepnięciem schodki skrzypiały jak z typowego horroru.
Kiedy znalazłem się już na dole, szukałem włącznika. Nastała jasność. Wyłączyłem latarkę.
Usiadłem do biurka. Z szafki wyciągnąłem książki i zacząłem je czytać. Były to jakieś zeszyty, w których było bardzo wiele wzorów matematycznych i fizycznych. Byłem zaskoczony, że wszystko z nich rozumiałem. Z tego co widzę, to ktoś próbował stworzyć coś w stylu jakiegoś wynalazku.
W połowie zeszyt był pusty. Z niewiadomych mi przyczyn ktoś najwidoczniej nie skończył swojego dzieła. Na końcu widniały różne wyniki, które były zakreślone.
W tym momencie mnie olśniło. A gdyby tak... Zacząłem uważnie czytać każdą zawartość zapisków. Byłem tak zainspirowany i zmotywowany do działania jak nigdy przedtem. Dopisywałem także swoje obliczenia i wszystkie wyniki się ze sobą zgadzały. Wstałem z krzesła. Byłem zdumiony tą pracą. Przeszedłem do innego pokoju i próbowałem wyrwać jedne stare drzwi zrobione z desek.
Kiedy mi się to w końcu udało, otworzyłem szeroko usta z zachwytu.
Ktoś już wpadł na ten pomysł wcześniej ode mnie.. Z różnych drewnianych pozostałości, zrobiłem szafkę. Otworzyłem ją. Czegoś jeszcze w tym miejscu mi brakuje. Wbiegłem na górę po schodach i z dna szafy wyjąłem szary koc. Wróciłem do podziemi i zawiesiłem ten koc w szafie, aby nie było widać korytarza po drugiej stronie. Spojrzałem na zegar w telefonie. Mam godzinę, żeby coś zrobić bo będą mnie wołać na obiad.
Przechadzałem się tym korytarzem i patrzyłem na różne wiszące kable. Z korytarza, przeszedłem do takiej jakby komory, w której były przeróżne urządzenia z wieloma przyciskami. Miałem wielką ochotę powciskać je wszystkie. Znalazłem jeden normalny komputer z klawiaturą. Próbowałem go jakoś uruchomić. Obok była skrzynia z narzędziami. Wziąłem kilka, przykręciłem parę śrubek i przeczyściłem kable. Spróbowałem ponownie go uruchomić i zaczął działać. Otrzepałem dłonie z kurzu i wpisywałem do sztucznej inteligencji swoje obliczenia. Nie wyskoczyły mi żadne błędy. Komputer nagle zgasł. Zdziwiłem się. Słychać było, że uruchamiał się cały system w tej komorze. Wszystkie przyciski zaczęły migać. Drżącą ręką nacisnąłem niepewnie jeden z guzików.
Wystraszony upadłem na podłogę gdy pewne urządzenie wyskoczyło centralnie przed moją twarzą.
Było w nim osiem okienek. Do końca nie rozumiałem do czego one służą. Kiedy przewijałem kolejno cyfry, zorientowałem się, że chodzi tutaj o jakąś datę. W kolejnej aka tubie, można było wpisać godzinę.
Czy to jest to, o czym myślę? Czy w końcu uda mi się osiągnąć mój życiowy cel?
W pierwszej tubie, dałem cyfry takie jak 12,08,2015 a do drugiej tuby 18,00.
Było mi dziwnie. Miałem mdłości. Spojrzałem na godzinę na moim zegarku. Godzina osiemnasta. Przełknąłem gorzko ślinę. Dzień później znalazłem Bradleya w łazience. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to powinienem go powstrzymać. Kiedy wszystkie światełka zgasły, wyszedłem z tej komory przez drzwi z drugiej strony. Znalazłem się w łazience. Otworzyłem środkową kabinę.
Spojrzałem na loczka, który był czerwony od płaczu.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
W końcu nie musi się to tak kończyć. Zrobię teraz wszystko inaczej. Nie pozwolę na to, aby stała mu się ponowna krzywda.