Ja natomiast uklęknąłem. Poczułem, że to koniec. Nie mogłem wziąć najmniejszego oddechu. Odkąd minąłem próg szpitala, zaczęło mi się kręcić w głowie i było mi niedobrze. Słyszałem piski, wrzaski i płacz. Miałem wrażenie, że głowa mi pęknie. Złapałem się za klatkę piersiową. Uczucie włożonego ostrza. Dusiłem się. Byłem w szoku. Nigdy nie miałem takiego czegoś. Męczyłem się tak długo, aż miałem mroczki przed oczami i odpłynąłem całkowicie. Nie czułem już nic z kończyn. Byłem sparaliżowany. Jedyne co słyszałem to krzyk rozpaczy.
Czy to deszcz?
Ależ nie, to tylko Twoje łzy..
Skarbie, dlaczego płaczesz?
Wyznaj mi powód.
Ponieważ cierpię kiedy widzę Cię czerwonego od ryku.
Skarbie, dlaczego krzyczysz?
Wyznaj mi powód.
Tylko ja Cię słyszę.
Skarbie, przestań.
Walnięcie z pięści w moją klatkę piersiową.
Nagle odżyłem. Nade mną klęczał zapłakany brunet. Spłynęła pojedyncza łza.
Jakby rozumiał moje myśli. Patrzyłem jeszcze przez chwile w jego brązowe tęczówki. Wstałem, otrzepałem spodnie. Stanąłem jak wryty na środku korytarza.
- Bradley.. - Zadrżał mi głos.
- Tak? - Spojrzał na mnie nie wiedząc co się stało.
- To nie jest ten szpital.. Jesteśmy w całkiem innym miejscu...
Podszedłem do jednej ze ścian. Były widoczne cegły. Ściany nie były otynkowane.. Na podłodze roiło się od plam krwi. To miejsce od razu spowodowało, że włosy stanęły mi dęba. Jakaś siła wywaliła mnie na brudną podłogę. Od razu szukałem ją wzrokiem. Nagle jeden cień biegł w stronę długiego korytarza. Rozpłynął się gdzieś w ciemnościach. Byłem zdezorientowany.
Gdzie ja w ogóle jestem?! Przecież wsiadałem do auta McCurdiego!
Odwróciłem się. Ujrzałem jak czarna postać stoi za Bradem i trzyma coś w ręce. Bez żadnego zastanowienia rzuciłem się na niego upadając ponownie na podłogę. Spojrzałem w górę. Nikogo nie ma.
- Odbiło Ci, czy jak?
- Wybacz.. nie czuję się pewnie tutaj.. Nie powinniśmy zostawać tutaj ani chwili dłużej.
Kierowałem się ku drzwiom od wyjścia. Wtem zatrzasnęły się przed moim nosem.
- To tylko przeciąg. - Machnąłem ręką i się zaśmiałem.
Lecz drzwi jak były zakneblowane, tak nie mogłem ich otworzyć. Patrzył na mnie pytająco. Przełknąłem gorzko ślinę.
- Dobra, może poszukajmy innego wyjścia. - Szedłem ścieżką wyznaczoną przez znaki informujące.
Dostałem gęsiej skórki i było mi coraz to zimniej. Nagle droga na tym piętrze została skończona. Przed nami rozpoczęły się schody. Schody, które prowadziły nas w dół.
Nie przypominam sobie, żeby na parterze były jakieś cholerne schody!
Zacząłem panikować. To nie wróżyło nic dobrego. Z doświadczenia wiem bardzo dobrze, że tam nie ma żadnego wyjścia ewakuacyjnego. Jesteśmy zgubieni! Nie widzę drogi powrotnej! Jak my teraz zawrócimy?!
- Na co czekasz? Na oklaski? - Z bójki pomiędzy mną, a moimi myślami, przerwał jego głos.
Myślałem, że dostanę zawału. On już stał, na którymś ze schodków i czekał na mnie.
- Bradley, wróć do mnie. - Wyciągnąłem do niego dłoń.
Ten jednak pokiwał głową i schodził coraz niżej.
Zszedłem na dół za nim.
Ja go kiedyś ubiję....
Dostałem gęsiej skórki i było mi coraz to zimniej. Nagle droga na tym piętrze została skończona. Przed nami rozpoczęły się schody. Schody, które prowadziły nas w dół.
Nie przypominam sobie, żeby na parterze były jakieś cholerne schody!
Zacząłem panikować. To nie wróżyło nic dobrego. Z doświadczenia wiem bardzo dobrze, że tam nie ma żadnego wyjścia ewakuacyjnego. Jesteśmy zgubieni! Nie widzę drogi powrotnej! Jak my teraz zawrócimy?!
- Na co czekasz? Na oklaski? - Z bójki pomiędzy mną, a moimi myślami, przerwał jego głos.
Myślałem, że dostanę zawału. On już stał, na którymś ze schodków i czekał na mnie.
- Bradley, wróć do mnie. - Wyciągnąłem do niego dłoń.
Ten jednak pokiwał głową i schodził coraz niżej.
Zszedłem na dół za nim.
Ja go kiedyś ubiję....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz