sobota, 5 listopada 2016

Rozdział 23

Wbiegłem na korytarz jak szalony. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jestem mordercą..
- Tu Cię mam. Widziałeś może Amandę? - Klepnął mnie w ramię James.
Spojrzałem na niego przerażony i uciekłem do pokoju. Nie wiedziałem co miałem odpowiedzieć.
Spojrzałem na swoje dłonie. Usiadłem na łóżku. Nie mogłem pozbierać wszystkich myśli do kupy. Zszedłem na dół do drugiego pokoju i próbowałem ponownie uruchomić maszynę.
Było coś nie tak... Nie mogłem nic z nią zrobić.
W pewnej chwili Usłyszałem huk. w Tym samym momencie błysnęło światło.
Ze strachu upadłem na ziemię.
- Co jest? - Szepnąłem i próbowałem wstać.
Załamany złapałem się za głowę widząc spalony cały dysk w komputerze. Próbowałem go jakoś naprawić, ale po pół godzinie główkowania to było bez sensu. Nie mogłem już nic zrobić. Nie mogłem już cofnąć czasu.
Wyszedłem z pomieszczenia na górę. Zacząłem się dusić. Sięgnąłem po inhalator i zaciągnąłem się nim parę razy.
Nie pozostało mi nic innego do roboty, jak uciec stąd.
Przebrałem się i wyszedłem ponownie na korytarz. Zacząłem się rozglądać czy nikogo nie ma.
Zauważyłem Jamesa rozmawiającego z McCurdym. Wskazał na mnie palcem, a moje serce przyspieszyło swoje bicie. Czułem jak uderza mnie fala gorąca ze stresu.
Ktoś mnie złapał za ramię. Momentalnie strzepnąłem tę dłoń i przyspieszyłem kroku.
- Connor stój no. Chcę pogadać! - Przyczepił się do mnie blondyn.
- Zostaw mnie! - Odepchnąłem go z całej siły.
W tym momencie na korytarzu zapanowała cisza. Chłopak upadł na podłogę a ja zostałem przeszywany dziesiątkami par oczu. Widziałem jak już paru pielęgniarzy i Jack biegli w moją stronę.
Wziąłem szybki wdech, odwróciłem się na pięcie i wystartowałem do wyjścia. Zeskakiwałem ze schodów, a kiedy już znalazłem się na parterze, nie zauważyłem, że mój but się rozwiązał i zaryłem o krzesła, dzięki którym zostałem poobijany. 
Złapali mnie. Próbowałem się wyrywać, ale to było na marne. Ugryzłem jednego w rękę i próbowałem jakoś się uwolnić, lecz druga osoba mnie przytrzymała i założyli mi kaftan bezpieczeństwa.
- Teraz to możesz sie wyrywać aż się zmęczysz. - Spojrzał na swoją rękę.
Patrzyłem mu chwilę z nienawiścią w oczy i w pewnym momencie oplułem faceta w twarz. Wziął mnie za kaftan i szarpali mną aż do czasu, w którym wrzucili mnie do izolatki.
- Co wy robicie?! Wypuśćcie mnie stąd!! - Krzyczałem do okienka.
W tej chwili ujrzałem w nim twarz Jacka.
- Jesteś zagrożeniem dla innych. To dla twojego i naszego dobra Connor.
Odszedł. Wołałem go, ale on mnie nie słuchał. 
Było mi zimno, czułem się samotny i obolały.
- Nieudacznik.
- Morderca.
- Psychol
- Idiota... - Zaczęły się szepty.
- Nie nie nie nie nie. Błagam nie! - Zacząłem walić głową w ścianę.
Męczyłem się z nimi nie wiem jak długo, ale wydawało mi się, że to trwa wieczność.
Zacząłem drżeć. Cienie nadchodzą... One są już blisko. Idą po mnie. Rozglądałem się po ciemności tego pomieszczenia wypatrując zła.
Płacząc, śpiewałem kawałek piosenki:
  All I want is nothing more
To hear you knocking at my door
Cos if I could see your face once more
I could die a happy man I'm sure
When you said your last goodbye
I died a little bit inside
I lay in tears in bed all night
Alone without you by my side
But if you loved me
Why'd you leave me
Take my body
Take my body
All I want is
And all I need is
To find somebody
I'll find somebody  
 See you brought out the best of me
A part of me I've never seen
You took my soul and wiped it clean
Our love was made for movie screens
But if you loved me
Why'd you leave me
Take my body
Take my body
All I want is
And all I need is
To find somebody
I'll find somebody
Like You
Ujrzałem te zębiska z bliska. Zacząłem wrzeszczeć, ponieważ znałem już swój koniec. Zostałem pożarty przez ten ogromny cień, który był całym złem w moim sercu.
____________________
Wyjaśnienie:
Pewnie większość nie rozumiała czym są te cienie. 
Cień tutaj przybiera formę złych czynów, które kiedyś popełniono.
W przypadku Wielkiego Cienia, jest trochę inaczej, ponieważ jest on depresją.
To właśnie wyniszczyło Bradleya od środka, oraz po części Connora.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział 22 Amanda

Wbiegłem do kopuły. Dostałem napadu. Obmacywałem każdy centymetr swojego ciała w poszukiwaniu mojego inhalatora. Nie czułem go nigdzie. Spanikowany próbowałem łapać oddech i szukać wzrokiem przedmiotu. Znalazłem go na blacie. Szybkim ruchem ręki zgarnąłem go i wziąłem parę wdechów.
Próbowałem się jakoś uspokoić. Zacząłem masować swoje skronie i ponownie wybrałem datę i godzinę. Wyszedłem z komory.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Bradley wstał i złapał mnie za ramię. Posłał mi swój delikatny uśmiech.
- Już okej. Spokojnie.. Usiądź, a ja za chwilę tu wrócę.
Chłopak posadził mnie na łóżku i wyszedł z pokoju. Nie wiedziałem co mam robić przez ten czas.
Długo nie wracał.. Martwiłem się, że znowu coś się stanie. Pociągnąłem z klamkę i wyszedłem z pomieszczenia. W tym samym momencie zobaczyłem jak Amanda zaczyna bić Brada po głowie.
- Co ty robisz?! - Zatrzymałem ją przed ponownym uderzeniem.
Obydwoje ryczeli. Próbowałem ich jakoś ogarnąć.
- Nienawidzę cię. Jesteś nikim! Obiecałeś palancie! - Uciekła do swojego pokoju.
Przyszła pielęgniarka. Pytała czy coś się stało i po chwili kazała nam wracać do łóżek.
Wróciliśmy do pokoju. Z racji na godzinę, postanowiłem już się powoli kłaść. Ściągnąłem swoją koszulkę. Zorientowałem się, że Brad mi się cały czas przygląda. Podszedłem do niego.
- Co się stało?
- Nic.. - Objął mnie i złożył dwa pocałunki na moim brzuchu.
Dostałem gęsiej skórki i mruknąłem cicho. Pogłaskałem go po głowie i zdjąłem jego bluzkę. Położyłem się na niego całując przy tym jego szyję. Loczek przycisnął mnie do siebie i jęknął cicho.
Przegryzłem lekko jego skórę.
- Con... - Mruknął.
Składałem pocałunki na jego klacie i schodziłem coraz to niżej. Błyskawicznie rozpiąłem jego spodnie i ściągnąłem je z niego. Brunet spojrzał tylko na mnie swoimi czekoladowymi oczami i wyczekiwał na kolejny mój ruch. Posłałem mu tylko uśmiech.
- Nie pogrywaj tak ze mną. - Położył głowę z powrotem.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
O nie. Tak być nie będzie.
Wstałem szybko i się ubrałem. Kiedy Bradley wrócił, przestraszył się mnie.
- Connor... Zawału dostanę. - Złapał się w miejsce serca.
- Dawaj mi to.
Loczek się zmieszał i udawał, że nie wie o czym mówię.
- Słyszysz? Daj mi te tabletki do jasnej cholery. - Wyciągnąłem dłoń.
Wyciągnął małe pudełeczko z kieszeni i podał mi je do ręki. Zrobił się nagle czerwony ze wstydu.
Przytuliłem się do niego i pocałowałem w nos.
- Już dobrze. Jeżeli cię coś męczy, to mi powiedz. Zawsze ci pomogę.
Nagle ruszył się jak poparzony. Najwidoczniej coś mu się przypomniało, albo wpadł na głupi pomysł.
-Pokazać ci miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał?
Kiwnąłem głową na zgodę. Chwycił mnie za dłoń i wyszliśmy z pokoju.
Rozglądał się z jakieś pięć razy i pociągnął mnie za sobą. Nie mogłem za nim nadążyć, a biegł tak szybko, że po kilku minutach dostałem zadyszki. Ciągnął mnie po jakichś schodach na górę.
Czyli jest wyższe piętro?
Otworzył drzwi. Zawiało chłodnym, ale za to świeżym powietrzem.
- Co ty tu do cholery robisz?! - Zaczęła krzyczeć.
- Amanda? Uspokój się proszę.
- Przestań! Po prostu przestań! Nie dotykaj mnie nawet! - Odepchnęła go.
Loczek się poślizgnął i upadł. Kiedy chciał się podnieść, zrobił kilka kroków do tyłu i ponownie upadł. Znalazł się nagle na krawędzi. Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Stresowałem się jak cholera. Nie chciałem tego widzieć.. Nie mogłem.
- Conny... - Był tak samo przerażony jak ja.
Zauważyliśmy wszyscy, że się powoli zsuwa. Zacząłem biec w jego stronę.
Złapałem go za rękę.
- Bradziu, wytrzymasz! Trzymaj się mnie mocno!
- Connor nie mogę.. - Z jego oczu, wyleciały łzy.
- Trzymaj się! Mówię do ciebie!
Puścił uścisk. Myślałem, że zwariuję. Widziałem tylko jak chłopak szybko się ode mnie oddala.
Złapałem się za głowę. Miałem przed oczami obraz, jak nadziewa się o słup.
Myślałem, że rozszarpię tą kobietę. Siedziała skulona na dachu i ryczała.
- Connor, ja nie chciałam... przysięgam... - Wstała gdy podszedłem do niej.
Złapałem ją za włosy i zacząłem ją ciągnąć. Bijąc mnie, próbowała się jakoś bronić..
- To wszystko przez ciebie rozumiesz? - Puściłem ją.
Odwróciłem się do niej plecami. Spojrzałem na swoje ręce.
Nie przypuszczałem, że mógłbym to kiedykolwiek uczynić gołymi rękoma...
-Connor... - Położyła rękę na moim ramieniu.
- Nie dotykaj mnie nawet! - Strąciłem jej dłoń i popchnąłem ją.
Cofnąłem się. Nie chciałem patrzeć jak druga osoba skończy na dole. Uciekłem stamtąd.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 21 Barry

Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Kim ona jest, żeby podnosić głos na mojego Bradzia?
- Martwiłam się..
- Ja też się martwiłem i jakoś na niego nie krzyczę. Jeżeli masz robić mu wyrzuty, to idź stąd.
Dziewczyna zdziwiona moim zachowaniem, stała chwilę bezruchu, a później wyszła z pokoju.
Odwróciłem się i uśmiechnąłem do niego. Usiadłem okrakiem na jego kolanach. Przytuliłem się i pocałowałem go kilkakrotnie w głowę.
- Masz na coś ochotę? Może coś zjesz? Zjemy kolację?
- Możemy.
Wstaliśmy i wyszliśmy na stołówkę. Nikogo już nie było.
- Spóźniliście się. - Powiedziała zachrypniętym głosem kucharka. - Ja wychodzę. Chcecie, to ugotujcie sobie coś sami.
Wyszła.
Przeszliśmy do kuchni pod ladą. Pytałem kilka razy bruneta co by chciał zjeść. Ani razu mi nie odpowiedział pozytywnie.
Znalazłem makaron i zacząłem go gotować. Resztę składników dokładnie wymieszałem ze sobą.
Chłopak siedział przy jednym stoliku.
Ułożyłem makaron w brytfannie i polałem go sosem z mięsem. Powtórzyłem tą czynność jeszcze parę razy. Posypałem koniec parmezanem i wstawiłem do piekarnika na kilka minut. Kiedy wyciągnąłem gotowe jedzenie, pokroiłem na talerze. Wziąłem ze sobą sztućce i podałem danie na stolik.
- Con... Nie wiedziałem, że umiesz gotować tak dobrze.
Pierwszy raz od tak długiego czasu, widziałem, żeby loczek jadł z apetytem. Byłem dumny z siebie, że mu smakuje.
- Masz może jeszcze? - Zapytał oblizując usta.
Zaśmiałem się i przyniosłem mu drugi kawałek. Cieszyłem się, że w końcu je wszystko z talerza.
Patrzyłem na niego z zainteresowaniem.
Kiedy skończyliśmy, wstawiłem naczynia do zmywarki i wyszliśmy ze stołówki.
- Brad? Co ty odwalasz? - Spojrzałem na niego.
Chłopak położył się na podłodze.
- Teraz mnie tocz. - Zaśmiał się.
Zrobiłem co kazał. W pewnym momencie potknąłem się o własne nogi i przewróciłem się na niego. Zaczęliśmy się głośno śmiać. Nagle wyszła pielęgniarka i zaczęła robić nam wielkie wyrzuty, że hałasujemy i powinniśmy już być dawno w swoich pokojach. Zaśmialiśmy się tylko i uciekliśmy do pokoju. Trzasnęliśmy drzwiami. Brad przycisnął mnie do ściany i zaczął namiętnie całować. Mruknąłem cicho i zdjąłem jego bluzkę. Chłopak uczynił to samo i rzucił mnie po chwili na łóżko.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
Byłem zdezorientowany. Tak szybko opuścił mnie i ten pokój. Nie miałem sił wstawać.
Położyłem się z powrotem i spróbowałem zasnąć.
Usłyszałem jak wrócił do pokoju. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać.
- Conny... - Mruknął.
- Kim on jest?
- Kto?
- Daj mi chwilkę Barry.. - Udałem jego głos.
Zmarszczył brwi. Po krótkim czasie zaczął się śmiać.
- Słońce, chyba nie jesteś o niego zazdrosny, co?
- Nie jestem zazdrosny! - Przykryłem się kołdrą.
Do pokoju przyszedł Jack. Kazał mi się ubrać i być za dwadzieścia minut u niego w gabinecie.
Wstałem od niechcenia i zacząłem się powoli ubierać.
- On jest dla mnie nikim... przecież dobrze wiesz...
- Mhm jasne. - Wyszedłem wściekły z pokoju.
Miałem mieć krótką rozmowę z lekarzem o swoim zdrowiu, a przerodziło się to w trzy godziny męczącej peplaniny zwanej terapii. Z gabinetu wyszedłem od razu na obiad.
Ogarnąłem, że nigdzie nie było Bradleya. Zdenerwowałem się. Bezsensownie bawiłem się jedzeniem nadziewając je na widelec. Nieobecność mojego chłopaka, odebrała mi apetyt. Nie potrafiłem nic przełknąć. Odstawiłem tackę z jedzeniem i wyszedłem stamtąd. Czułem, że coś jest nie tak. Biegłem do pokoju.
Zamarłem. Loczek leżał na podłodze z pianą w ustach. Podszedłem do niego. Nie mogłem wyczuć pulsu. Zalałem się łzami.
Wyszedłem z pokoju.
- BARRY! - Zacząłem krzyczeć.
Nie mogłem go nigdzie znaleźć. Jeden z pacjentów wskazał mi drogę, w którą stronę poszedł rudzielec.
Dopadłem go. Chwyciłem go za szyję i zacząłem podduszać.
- Koleś, powaliło cie?
- Co ty mu dałeś?! GADAJ
- Tabletki.. - Powiedział ledwo. - Za żyletke..
Wymierzyłem mu cios w nos. Zaczął krwawić.
- ROZUMIESZ, ŻE PRZEZ CIEBIE ON NIE ŻYJE?!
Po tych słowach wszyscy patrzyli na nas. Uciekłem stamtąd. Muszę zrobić to inaczej.

środa, 24 sierpnia 2016

Rozdział 20

Włączyłem swoją ulubioną playlistę w telefonie. Nudziłem się jak cholera i z ciekawości przesunąłem stare łóżko.
- Znowu się spotykamy. - Przejechałem dłonią po drewnianych drzwiach w podłodze.
Rozwaliłem zamek. Serce waliło mi szybciej. Szybkim ruchem otworzyłem przejście. Zawiało chłodem.
Wyciągnąłem latarkę z szuflady i schodziłem na dół. Z każdym nadepnięciem schodki skrzypiały jak z typowego horroru.
Kiedy znalazłem się już na dole, szukałem włącznika. Nastała jasność. Wyłączyłem latarkę.
Usiadłem do biurka. Z szafki wyciągnąłem książki i zacząłem je czytać. Były to jakieś zeszyty, w których było bardzo wiele wzorów matematycznych i fizycznych. Byłem zaskoczony, że wszystko z nich rozumiałem. Z tego co widzę, to ktoś próbował stworzyć coś w stylu jakiegoś wynalazku.
W połowie zeszyt był pusty. Z niewiadomych mi przyczyn ktoś najwidoczniej nie skończył swojego dzieła. Na końcu widniały różne wyniki, które były zakreślone.
W tym momencie mnie olśniło. A gdyby tak... Zacząłem uważnie czytać każdą zawartość zapisków. Byłem tak zainspirowany i zmotywowany do działania jak nigdy przedtem. Dopisywałem także swoje obliczenia i wszystkie wyniki się ze sobą zgadzały. Wstałem z krzesła. Byłem zdumiony tą pracą. Przeszedłem do innego pokoju i próbowałem wyrwać jedne stare drzwi zrobione z desek.
Kiedy mi się to w końcu udało, otworzyłem szeroko usta z zachwytu.
Ktoś już wpadł na ten pomysł wcześniej ode mnie.. Z różnych drewnianych pozostałości, zrobiłem szafkę. Otworzyłem ją. Czegoś jeszcze w tym miejscu mi brakuje. Wbiegłem na górę po schodach i z dna szafy wyjąłem szary koc. Wróciłem do podziemi i zawiesiłem ten koc w szafie, aby nie było widać korytarza po drugiej stronie. Spojrzałem na zegar w telefonie. Mam godzinę, żeby coś zrobić bo będą mnie wołać na obiad.
Przechadzałem się tym korytarzem i patrzyłem na różne wiszące kable. Z korytarza, przeszedłem do takiej jakby komory, w której były przeróżne urządzenia z wieloma przyciskami. Miałem wielką ochotę powciskać je wszystkie. Znalazłem jeden normalny komputer z klawiaturą. Próbowałem go jakoś uruchomić. Obok była skrzynia z narzędziami. Wziąłem kilka, przykręciłem parę śrubek i przeczyściłem kable. Spróbowałem ponownie go uruchomić i zaczął działać. Otrzepałem dłonie z kurzu i wpisywałem do sztucznej inteligencji swoje obliczenia. Nie wyskoczyły mi żadne błędy. Komputer nagle zgasł. Zdziwiłem się. Słychać było, że uruchamiał się cały system w tej komorze. Wszystkie przyciski zaczęły migać. Drżącą ręką nacisnąłem niepewnie jeden z guzików.
Wystraszony upadłem na podłogę gdy pewne urządzenie wyskoczyło centralnie przed moją twarzą.
Było w nim osiem okienek. Do końca nie rozumiałem do czego one służą. Kiedy przewijałem kolejno cyfry, zorientowałem się, że chodzi tutaj o jakąś datę. W kolejnej aka tubie, można było wpisać godzinę.
Czy to jest to, o czym myślę? Czy w końcu uda mi się osiągnąć mój życiowy cel?
W pierwszej tubie, dałem cyfry takie jak 12,08,2015 a do drugiej tuby 18,00.
Było mi dziwnie. Miałem mdłości. Spojrzałem na godzinę na moim zegarku. Godzina osiemnasta. Przełknąłem gorzko ślinę. Dzień później znalazłem Bradleya w łazience. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to powinienem go powstrzymać. Kiedy wszystkie światełka zgasły, wyszedłem z tej komory przez drzwi z drugiej strony. Znalazłem się w łazience. Otworzyłem środkową kabinę.
Spojrzałem na loczka, który był czerwony od płaczu.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
W końcu nie musi się to tak kończyć. Zrobię teraz wszystko inaczej. Nie pozwolę na to, aby stała mu się ponowna krzywda.

wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział 19 Wrak

Czuję się jak wrak
To już nie to samo
Mam ochotę zniknąć.
Leżałem na łóżku wtulony w poduszkę, na której kiedyś leżał Brad. Nie zmrużyłem oka zeszłej nocy. Gryzło mnie sumienie. Powinienem przeprosić Amandę. W końcu nic złego przecież nie zrobiła. Leżałem samotnie w pokoju. Jack powiedział, że postara się aby nikogo mi nie wrzucili do pokoju. Otworzyłem szafę. Wszystkie moje ubrania były tak samo ułożone jak kiedyś. Miałem także dodatkowe ubrania. Pozostałości po loczku. Założyłem czarne spodnie i do tego ciemny sweter. Zaciągnąłem się starymi perfumami. Objąłem samego siebie.  
Czuję się w środku pusty.. Ile ja bym dał aby cofnąć czas.. 
Ile bym dał poczochrać jego loków.. Ile bym dał za jeszcze jeden pocałunek..
Poszedłem na stołówkę. Nie miałem żadnego wyrazu twarzy.. Czułem się przezroczysty. Wziąłem talerz i postawiłem go na tackę, którą szurałem po blacie w celu przejścia do drugiego końca aby wziąć zwykłe płatki. Wsypałem je do naczynia i odszedłem. Usiadłem przy stoliku w kącie. Z kieszeni wyciągnąłem kartkę i długopis. Zacząłem coś bazgrać zajadając przy tym suche płatki. Ktoś usiadł obok mnie.
-Jak się trzymasz? - Zapytała.
Odłożyłem długopis. W tym momencie przestałem jeść.
- Amanda przestań. Nie widzisz, jak wygląda? Czekaj.. Czy to nie jest sweter Bradleya?
- James przestań. - Odgoniła go. - Przepraszam, ale wszyscy są smutni tym co się zdarzyło, ale powoli się zebraliśmy w sobie.
Nie potrafiłem jej słuchać. W głowie miałem uśmiechniętego bruneta. W tym momencie nabrały mi się łzy do oczu. Moja głowa opadła na jej ramie. Objąłem ją mocno. Nie potrafiłem się opanować.
- On tak rzadko się uśmiechał. - Ryczałem jak małe dziecko.
Czułem tylko jak mnie przytula i głaszcze po głowie. Próbowała mnie jakoś pocieszać.
- Przepraszam za wczoraj.. - Oderwałem się od niej.
- Jest okej. Nie płacz już. Brad by nie chciał, abyś był smutny. - Wytarła moje łzy.
Zaciągnąłem się inhalatorem. Wróciłem do jedzenia.
- Spałeś w ogóle coś? Co to jest? - Spojrzała na kartkę.
- Praktycznie to nic. - Świetnie Connor wymyśliłeś jedną odpowiedź na dwa pytania.Oddała kartkę, a ja schowałem ją szybko do kieszeni wraz z długopisem.
- Wróciłeś już do normalnych? - Dosiadł się James.
- A czy w tym miejscu jest ktoś normalny? - Zapytałem.
Blondyn zaśmiał się i klepnął mnie w ramię. Amanda i James opowiadali co tu się działo kiedy nie byłem obecny. Mówili jak wiele się zmieniło i jak wielu ludzi próbowało się zabić.
Nie wiedziałem dlaczego ludzie chcieli się masowo zabijać akurat wtedy kiedy mnie i Bradleya zabrakło. Z nikim praktycznie nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo i większość czasu spędzaliśmy razem w pokoju.
Dowiedziałem się również, że leżałem w śpiące z jakieś trzy miesiące.
Czyli... Czyli to wszystko, te wszystkie cienie, Annabelle, Bradley, Jane, cała ta gierka z poszukiwaniem miejsca, to tylko sen? To absurd! To niemożliwe! Przecież wszystko czułem. Każdy dotyk loczka... każdy zapach.. To nie może być prawda!
Wstałem i odszedłem od stołu. Snułem się po korytarzu niczym znudzony duch niemający kogo straszyć.
- Co tak smutny chodzisz? Potrzebujesz czegoś? - Podeszła pielęgniarka.
- Nie mam jak kupić żadnego notesu i dobrego długopisu. Mój się już powoli kończy.
- Rozumiem. Pójdę do doktora, może coś zaradzi. - Odeszła.
To była dziwna rozmowa. Jakbym się zaczął nad sobą użalać, że jestem taki biedny, że nie stać mnie na zwykły notes. a tyle osób wokół mnie potrzebuje większej pomocy.
Usiadłem na jednym z krzeseł na korytarzu. Obok mnie chłopaki rozgrywali partię szachów, a z drugiej strony przy okrągłym stole dziewczyny kolorowały kolorowanki. Podszedłem do nich i spojrzałem co kolorują. Jedna miała ptaka, druga ogród a reszta dziwaczne wzory.
- Cofacie sie w rozwoju? - Zapytałem jedną.
Rudowłosa mnie natychmiast uciszyła.
- Nie wytrącaj nikogo z równowagi. Te kolorowanki relaksują. - Szepnęła.
No cóż. Skoro i tak nie mam co robić ze swoim życiem to się dołączę. Co mi szkodzi? Kiedy poprosiłem o jedną kartkę, dostałem jakieś trzy. Dostałem na zapas. Otrzymałem również długopisy żelowe w czterech kolorach.
I tak oto zacząłem się integrować ze świrusami. 

czwartek, 30 czerwca 2016

Rozdział 18

Czułem się wyjątkowo obolały i osłabiony. Cały obraz miałem zamazany. Wszędzie były jasne światła, że nie mogłem nic widzieć. Podniosłem ledwo rękę na swoje oczy, żeby je przetrzeć.
- O CHOLERA! - Usłyszałem wrzask.
Czy w niebie pozwalają sobie na takie odzywki? Coś mi się nie wydaje.. Coś mi tu śmierdzi.
W tym momencie zabolał mnie nos i wszystkie części ciała. Poczułem, że mam coś w swoim nosie. Wyrwałem jakąś rurkę. Plecy bolały mnie miłosiernie, ale pomimo bólu, podniosłem się. Potknąłem się o jakieś kable. Cały byłem w przeróżnych kabelkach. Złapałem za drzwi.
W tej chwili zrobiło mi się tak spadło, że nie miałem siły oprzeć się na klamce od drzwi i upadłem na zimne podłoże. zacząłem mieć drgawki. Ktoś mnie podniósł i z powrotem położył na jakąś deskę.
Po pewnym czasie poczułem się lepiej i o dziwo coś widziałem.
Nie. To niemożliwe. Nie. To wykluczone. Protestuję!
Czułem się trochę dziwacznie oraz obserwowany. Spojrzałem w bok. Zacząłem wrzeszczeć.
Oni podeszli do mnie i zaczęli mnie trzymać. Próbowałem się jakoś od nich uwolnić. Jednak oni byli silniejsi ode mnie.
- Odejdźcie stąd! Zostawcie mnie! - Krzyczałem w niebo głosy.
Powoli traciłem siły. Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem kim oni wszyscy są. Nie wiem co oni chcą ze mną zrobić, ale jak na razie nie wygląda to dobrze. A co jeśli to te cienie?
- Oddajcie mi Bradzia!! Natychmiast! Anabelle Zniszczę Cię!
Nagle mnie puścili, a ja ponownie wylądowałem na zimnej powierzchni. To były białe kafelki.
- Zostawcie go. - Usłyszałem znajomy mi niski głos.
Wstałem ociężale i spojrzałem mu w twarz. To był McCurdy. Wystraszyłem się i cofnąłem o dwa kroki.
- Witamy wśród żywych Connor. - Uśmiechnął się.
- Nie.. - Rozglądałem się we wszystkie strony szukając drogi do ucieczki.- TO NIE JEST PRAWDA!
Wybiegłem na korytarz. Wbiegłem do pierwszego, lepszego pokoju. Spojrzałem kto jest w środku.
- Connor! - Wstała uradowana Amanda z łóżka.
- NIE! - Trzasnąłem drzwiami za sobą.
Spojrzałem na drzwi obok. Miały numer 678. Ze łzami na policzkach nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem drzwi. Zamknąłem je po cichu za sobą i łkając osunąłem się na podłogę.
Jakim cholernym prawem nadal tutaj jestem?! Chciałem już raz na zawsze opuścić to miejsce!
Usiadłem na łóżku Bradleya. Spadła poduszka. Kopnąłem ją z całej siły. Okazało się, że walnąłem w coś twardego co znajdowało się pod łóżkiem. Odruchowo złapałem się za stopę i wiłem się z bólu na podłodze. Wyjąłem tą rzecz spod łóżka. To była moja gitara. Ona przez tyle czasu tutaj była... Wytarłem ją z kurzu i pociągnąłem za dwie struny. Skrzywiłem się na sam dźwięk. Gitara była roztrojona. Położyłem instrument na łóżku jak i poduszkę, którą wcześniej skopałem. Nastroiłem sprzęt i próbowałem coś zagrać z pamięci. Drzwi nagle otworzyły się. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Zdziwił się na mój widok identycznie jak ja na jego.
- Czego tutaj szukasz? - Zapytałem patrząc srogo na blondyna.
- Można powiedzieć, że tu mieszkam.. - Był zmieszany.
- Nie.. - Pokiwałem głową.
- No jak nie, od trzech miesięcy tu siedze więc chyba wiem lepiej.
- JA TU SIEDZE DŁUŻEJ NIŻ TY. - Przygniotłem go to ściany ściskając za gardło.
- Okej okej.. niech Ci będzie.. teraz mnie puść. - Próbował jakoś mnie odepchnąć.
- Connor nie!
Podbiegła do mnie Amanda i zaczęła szarpać moje ręce. Odruchowo moja dłoń uderzyła ją w policzek.
Dziewczyna upadła na podłogę łapiąc się za czerwoną twarz. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Stary, teraz to przegiąłeś.. - Spojrzał na mnie wrogo James.
Spojrzałem na swoje dłonie i na ich trójkę. Nie wiedziałem co się właściwie przed chwilą stało.

niedziela, 12 czerwca 2016

Rozdział 17 Popiół

Przytulony do mojego loczka, rozglądałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy. Było niesamowicie cicho. Niepokoiło mnie to. Dostałem gęsiej skórki. Bradley popatrzył n mnie zdezorientowany.
- Co jest?
Czułem się obserwowany. Miałem wrażenie, że te cienie są blisko. Złapałem chłopaka za rękę i ciągnąłem go w stronę wyjścia.
Tyle, że jeszcze fajniej by było, gdyby te wyjście istniało. Nie wiedziałem co zrobić, aby się stąd wydostać.
Ziemia zaczęła się trząść. Wystraszyłem się i objąłem Brada jak najmocniej. Tym razem nie pozwolę, żeby gdzieś zniknął. Poczułem nagle jak ktoś go ciągnie z drugiej strony. Spojrzałem na tą osobę.
- Anabele? Zostaw go! Słyszysz? Puść go! - Krzyczałem.
Ugryzła mnie w rękę. Automatycznie puściłem bruneta. Upadł na podłogę.
Dziewczyna usiadła na nim i zaczęła go podduszać.
- Co ty robisz?! - Rzuciłem się na nią.
Ta jednak odepchnęła mnie z wielką siłą przy czym wylądowałem na plecach.
- On nie zasługuje na to, żeby z tobą być!
- Przestań! - Wstałem obolały.
zakrwawiona dziewczyna wyciągnęła swoje ręce nad loczkiem. Ten zaczął się zwijać z bólu.
Czułem jak się cały w sobie gotuję. Podbiegłem do nich i pociągnąłem za jej włosy. Zaczęła piszczeć i mnie bić.
- Nie przeszkadzaj mi.- Wycedziła przez zęby.
Podszedłem do chłopaka. Próbowałem mu pomóc wstać, jednak ten nie czuł swoich kończyn. Ma zanik mięśni.
- Bradley, musisz wstać. - Ciągnąłem go ze wszystkich sił.
- Kocham Cię.. - Posłał mi spojrzenie wypełnione cierpieniem.
Byłem załamany. W tym momencie był cały w płomieniach.
Spanikowałem. Zacząłem się dusić. Po moich policzkach spływały łzy, a jego krzyki sprawiały, że moja głowa pulsowała, a na jego widok serce kruszyło się w drobny mak.
To mnie niszczyło. Jego cierpienie było najgorszą rzeczą jaką mogło mnie spotkać. Dławiłem się swoimi własnymi łzami. Nie potrafiłem nic zrobić by go jakoś uratować.
- WSZYSTKO JUŻ BYŁO TAKIE WSPANIAŁE!! - Walnąłem ją z całej siły.
- Zasłużył sobie. - Odpowiedziała bez żadnego sumienia.
Nie potrafiłem wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Uklęknąłem. Przede mną znajdował się popiół. Złapałem się za głowę i zacząłem się kiwać w przód i tył. Nie potrafiłem się opanować.
Schowałem twarz w dłonie i upadłem.
- No już. Nie płacz skarbie. Jestem tutaj. - Rozległ się głos.
- Bradziu? - Zerwałem się na równe nogi i zacząłem się rozglądać.
Wszystko było takie rozmazane. Nagle znajdowałem się w swoim pokoju. Byłem przytulony do loczka.
Głaskał mnie bo głowie powtarzając, że jest już wszystko w porządku, że to tylko sen.
Ponownie miałem rozmazany obraz. Tym razem leżałem w ciemnościach i w innym łóżku.
- Oh Con...
- Naprawdę... serce mi się kroi na samą myśl, że się okaleczasz.
- Connor.. nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie.- Nawet tego nie zaczynaj.
- To ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie.
- No dobrze. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze idealnie pasujące do siebie dłonie, które były splecione.
- Obiecuję. - Przytulił mnie bardzo mocno.
Co jest do cholery? Przecież już to było. O co chodzi? Co się dzieje?
Ponownie przytrafiło się tym razem. Lecz tym razem znajdowałem się na dworze.
Darłem się w niebo wzięcie na jakiejś łące przy rzeczce. Miałem przeczucie, że zaraz się do niej rzucę. Byłem wściekły jak i zrozpaczony. Gdy wreszcie opuściłem to miejsce, szedłem w nieznanym mi kierunku przeklinając przy tym cały ten okropny świat. Nagle ujrzałem dwa blisko siebie światła i usłyszałem dźwięk klaksonu. Jedyne co poczułem, to ogromny ból rozprzestrzeniający się po całym moim ciele.
Przed moimi oczami ukazywały się kawałki pisma na papierze.
Kochany Connorku, chciałbym Cie przerosić, Nie mogłem dłużej, To Ty nadałeś kolory, Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.., coś się zmieniło, Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz?, Przepraszam, że tak wyszło.

poniedziałek, 16 maja 2016

Rozdział 16 Pamięć

Poczułem okropny ból we wszystkich miejscach. Leżałem pod jakąś ścianą. Usłyszałem trzask. Podniosłem się i poszedłem w tamtą stronę. Nagle nabrałem sił i zacząłem biec do dziwnego miejsca zabitego dechami. Szedłem krętą ścieżką między ścianami i deskami.
- Nożyce! - Nagle usłyszałem niski głos.
Schowałem się i wyjrzałem przez szparę. Był to znajomy mi już pokój. W nim się znajdował doktor z siwą bródką z jedną z pielęgniarek.
- Pan jest świrnięty! - Powiedziała przerażona.
- Nie ględź! Dzięki mnie, ludzie będą nieśmiertelni i wiecznie młodzi! A teraz podaj te nożyce.
- Jak pan chce to zrobić? Ona jest nieżywa.
- Tak ci się tylko zdaje kochanieńka. - Szepnął. - A teraz! Podać mi księgę.
Klasnął i przetarł szybko dłońmi. Założył swoje małe okrągłe okulary.
- Co pan ma zamiar zrobić?
- Zobaczysz! Podaj księgę! - Oparł się o stół.
Wziął od pielęgniarki księgę i zaczął przewracać kartki po kolei szukając czegoś.
- No, jest. Już myślałem, że jakimś trafem nie ma tego tematu co zaznaczyłem.
Chrząknął.
- Co tam jest napisane? - Ciągle pytała.
- Siedź cicho! Zapal świeczki kobieto.
- Wszystkie?
- Jak chcesz, to tylko tak dla przyjemności. Wszystko dobrze ze sprzętu działa?
- Tak panie doktorze.
- To dobrze. Podaj świeczkę i idź na górę.
- Mam tu tak pana zostawić? Będę przy twoim boku.
- Nikt nie wie? - Polał woskiem ciało.
- Nikt. Co pan robi?
- Rysuję woskiem tak, jak jest na rysunku. - Pokazał jej księgę.
- Oh drogi boże... Co to jest? To nie wróży nic dobrego! - Przeraziła się.
- Będziesz w końcu cicho? Oddaj mi to. - Wyrwał jej z rąk książkę.
- To jest książka namaszczania ludzi czy co?
- Nie. Zobaczysz.
- Czegoś jeszcze potrzeba? - Była niespokojna i ciekawska.
- Weź podłącz ją pod respirator i wyłącz lampy.
- Ale nic nie będziemy widzieć...
- Mamy świeczkę tak?
- Przeraża mnie ta sprawa. Naprawdę. - Poszła do wyłącznika.
Szła prosto na mnie. Wyłączyła lampy.
- Oh i od razu chłodno się zrobiło. - Oddaliłem się o krok.
Kiedy odeszła, poszedłem dalej by mieć lepszy widok. Facet zaczął nacinać całe ciało i wymawiać dziwne niezrozumiałe dla mnie słowa, które były zapisane w księdze. Zaczął odprawiać wielki rytuał. Poczułem ukłucie.
To cienie. Zbliżają się do nas.
Zacząłem się rozglądać. W tym momencie Przed moimi oczami śmignął jeden z nich. Wtem przez przypadek spadła jedna ze świeczek, która stała na szafce w szeregu.
- Doktorze! Pali się! - Zasiała się panika.
- To dobrze! Uspokój się kobieto! Tak ma być!
Płomień wspinał się po kolumnie. Nic innego się nie paliło pomimo tego, że wszystko było z drewna.
- A teraz powtarzaj ze mną wszystkie słowa z księgi! - Zaczęło się.
Mia - Ofiara psychicznego doktora, zaczęła się trząść jak i wszystkie rzeczy w tym pokoju.
- Co się dzieje?! - Krzyknęła spanikowana pielęgniarka i zaczęła składać modlitwy.
- Nie! Nie rób tego! Nie módl się! - Nagle cień wziął wszystkie ostre narzędzia i rzucił nimi w bezbronną pielęgniarkę.
Trysnęła krew na dwie ściany i podłogę brudząc mnie przy tym.
Doktor zaczął coś narzekać. Wbiegłem do tego pokoju.
- PRZESTAŃ JUŻ! ROZUMIESZ?! - Mia chwyciła ręką za krwawy rękaw doktora.
Spojrzała na mnie wraz z cieniem. Teraz tylko kląłem w myślach, że się wyrwałem.
Pasy bezpieczeństwa od stołu operacyjnego pękły. Zjawy zaczęły biec prosto na mnie.
Wystraszyłem się i biegłem przez tą krętą drogę obijając się od ścian.
- Jestem Geniuszem!! - Słyszałem głośny śmiech.
Uciekałem ile sił w nogach. Trzasnąłem drzwiami. Zjawa się nadziała na metalowe gwoździe, lecz cień podążał za mną nadal. Nie wiedziałem co robić. To był jakiś koszmar. Myślałem, że ich wcześniej nie było. Powoli brakowało mi tchu. Ujrzałem ciemność. Już po mnie. Jednak biegłem cały czas. Padłem. Nie mogłem nabrać powietrza. Zaświeciło się światło. Było pusto i cicho. Na środku sali ktoś leżał.
- BRADLEY - Czołgałem się do chłopaka.
Loczek jakby spał. Wtuliłem się w niego. Nie czułem nic z jego strony. Był zimny tak jak w swoim sercu. Moje oczy zaszkliły się. Patrzyłem na niego z tęsknotą. Pragnąłem, żeby do mnie powrócił mój stary brunecik. W końcu takiego już go poznałem i zakochałem się w nim. Ból był nie do zniesienia. Czułem jak moja dziura w klatce piersiowej ponownie krwawi. Objąłem jego chłodne policzki w dłonie. Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Schowałem twarz w niego. Zacząłem po cichu szlochać.
Po chwili poczułem jak także mnie obejmuje. Spojrzałem na jego twarz.
- Skarbie co się stało? Dlaczego płaczesz? - Zapytał zdezorientowany.
- Bradziu! Wróciłeś!! - Zacząłem prawie skakać ze szczęścia.
Zacząłem biegać w kółko i krzyczeć jak najgłośniej.
- Connor... - Złapał się za głowę. - O co Ci chodzi?
Wstał i podszedł do mnie.
- Cieszę się, że po prostu wróciłeś do siebie. - Przytuliłem się mocno do niego.
- Hej spokojnie, bo nas wywrócisz. A tak poza tym. Gdzie my jesteśmy?

czwartek, 5 maja 2016

Rozdział 15 Nowy Ja?

Poczułem zapach słodkich perfum.
- Mia, wstawaj słońce. - Słyszałem dziewczęce głosy.
Nagle ktoś walnął mnie w głowę poduszką. Zacząłem piszczeć. Wydałem z siebie wyższe dźwięki niż kiedykolwiek. Zacząłem kaszleć. Przede mną stała dziewczyna której nigdy nie widziałem na oczy. Była to dziewczyna o fioletowych włosach, od której było czuć smród papierosów. Wyglądała szczerze mówiąc jak trup.
- Co sie tak na mnie dziwnie patrzysz? Halo to twoja najlepsza kumpela! - Pomachała mi przed oczami i usiadła na inne łóżko.
Złapałem się za głowę. Czy ja się czegoś naćpałem? Wstałem ze znużoną miną i wyszedłem z pokoju. Poszedłem do łazienki.Obmyłem swoją twarz i spojrzałem w lustro. Zacząłem się śmiać. Chwilę potem przeraziłem i wydałem z siebie przeraźliwy krzyk. Wszyscy zbiegli się do łazienki i zobaczyli mnie całego mokrego. Wbiegła też dziewczyna z pokoju.
- Co się stało?! - Zapytała łapiąc oddech.
Zacząłem się cały trząść. Wzięli mnie do pokoju i zostawili ze wspólniczką. Zaczęła się śmiać.
- Jeszcze takiego numeru mi nigdy nie wywinęłaś. Znam różne dziewczyny, które nie lubią swojego wyglądu, ale ty? Ja idę do pokoju dziennego. Masz tam być za dziesięć minut. - Wyszła.
Niczego tutaj nie rozumiałem. Wyglądałem inaczej niż wcześniej. Miałem długie czarne włosy, bladą skórę i zielone oczy. Złapałem się za głowę.
- Ah i przydałoby się, żebyś się ubrała. - Otworzyła drzwi i zamknęła.
Spojrzałem na szafę, która stała obok łóżka, w którym się obudziłem.Wstałem i podszedłem do niej. Otworzyłem i zacząłem się zastanawiać co ubrać. Ubrałem się cały na czarno. W tym kolorze czuje się najlepiej. Spojrzałem na kalendarz. Było w nim coś innego niż gdybym w swoim ciele na niego spojrzał. Jednak nie przeszkadzało mi to. Zanim przekroczyłem próg drzwi. Uśmiechnąłem się szeroko. Jestem dziewczyną czyż nie? Spojrzałem na swoją klatkę piersiową. Przegryzłem dolną wargę i położyłem swoje ręce na cyckach.
- Mam cycki.. - Zacząłem się śmiać z samego siebie.
Kiedy już się cały obmacałem, wyszedłem z pokoju. Nie mogłem tego pojąć dlaczego idę akurat tą drogą, a nie na przykład w odwrotną stronę. Miałem po prostu przeczucie, że idę dobrze. Minąłem starszą kobietę, która zamiatała korytarz. Odwróciłem głowę. Znałem tą kobietę, lecz nie mogłem się zatrzymać. Coś mnie powstrzymywało. Na całym korytarzu zalatuje jakimś smrodem. To nie ten sam szpital.
Gdzie ja w ogóle jestem??? Muszę się pospieszyć.
Słyszałem jak jedna babka zagania dwóch chłopaków do pokoju dziennego. Gapiłem się na wszystkie ściany tego budynku. Za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć gdzie jestem. Zszedłem na dół po schodach i skręciłem w lewo. Wszystko było takie już znajome. Dwóch mężczyzn ubranych na biało otworzyło mi drzwi.
Co to jest za pomieszczenie? Już tu kiedyś byłem..
Wewnątrz tego pokoju było pełno pacjentów. Niby wszystko było okej, ale nikogo stąd nie znałem. Jest tutaj pełno nowych ludzi.. Nie znam nikogo, nawet tych z personelu. Złapałem się za głowę. Miałem już dosyć tej melodii, która jest puszczana w kółko.
Usłyszałem jakieś szepty z mojej lewej strony. Ktoś mnie wołał szeptem. Były to jakieś dwa cienie. Nie widziałem ich twarzy.
- Hej - Szepnął jeden z nich.
Znajomy mi był ten głos. Poprosili mnie, żebym do nich podszedł.
- Co chcecie? - Zbliżyłem się.
- Nie wiesz może gdzie jest doktor McCurdy?
Coś mi zaświtało. Jednak nazwisko było troche niezbyt wyraźnie wypowiedziane. Nie znałem go. Próbowałem sobie przypomnieć, lecz nie potrafiłem.
- Co wy, z choinki się urwaliście? Nikogo takiego nie ma.
- Ale.. jak to? Przecież...
- Słuchajcie, mamy rok 1986. Nie wiem w jakim świecie wy żyjecie.
- 1986?! Co? To niemożliwe! - Złapali się za głowy.
Zmarszczyłem brwi. Wydają się bardzo zdziwieni. W sumie pewnie też się czegoś naćpali i nie wiedzą gdzie są. Odszedłem do gramofonu. Miałem już na prawdę dosyć tej piosenki i wyłączyłem ją.
Wszyscy zaczęli wariować i piszczeć. Zachowywali się jak ryby wyciągnięte na brzeg. Nagle do pomieszczenia wszedł mężczyzna z siwą bródką. Wyglądał na lekarza..
- Uspokoić się! Kto wyłączył muzykę?! - Powiedział bardzo niskim tonem.
Wszyscy wskazali na mnie przy czym trzęsła im się ręka.
- Mia.. - Stanął nade mną. - Od pewnego czasu jesteś nieposłuszna.. Wraz z panią Purlix zastanowimy się nad karą dla ciebie. Najpierw może kilka batów, a potem się coś pomyśli.
Przełknąłem gorzko ślinę. Nie wiedziałem dlaczego to wyłączyłem. Nie przemyślałem tego. Dwóch mężczyzn wzięło mnie za ramiona i wyprowadzili z pokoju. Usłyszałem jak doktor włącza ponownie piosenkę, a harmider ustąpił. Ciągnęli mnie do lochu. Tam mną rzucili jak worek na śmieci.
- Idzie nasz doktorek? - Zapytał jeden.
- Pusto. - Odpowiedział patrząc na korytarz.
Szatyn nachylił się nade mną i zaczął się do mnie dobierać.
- Zostaw mnie. Co ty sobie wyobrażasz?! - Zacząłem go bić.
Ale porównując moje rozmiary z jego, nie miałem szans na jakąkolwiek ucieczkę. Zacząłem piszczeć.
- Stul pysk dziwko! - Przybiegł jego kolega i zbił mnie batem.
Oberwałem tak jeszcze dużo razy. Dławiłem się krwią, a ich to po prostu śmieszyło. Chciałem im coś powiedzieć, ale nie mogłem nabrać większego powietrza.
- Coś mówiłaś skarbie?
Czułem do niego obrzydzenie. Rozebrał mnie i zaczął mnie macać. Było mi niedobrze. Było mi słabo na widok mojej krwi na jego rękach. Nie miałem sił, żeby się wyrywać. Czułem się okropnie. Zostałem zgwałcony nie w swoim ciele. Cała ta sytuacja odkąd się przebudziłem, była okropna.

wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 14 Ona

Otworzyłem oczy.
Pustka.
Dotknąłem ściany.
Zimna i gnijąca.
Trochę zalatująca smrodem.
W tych czterech ścianach, w których przebywałem, byłem tylko ja i przewrócone metalowe łóżko na kółkach. Nie wiedziałem co mam robić. Oparłem się więc o jedną ze ścian. Długo się zastanawiałem nad wszystkim i nad niczym. Postanowiłem wyjść stąd. Chwyciłem za klamkę i lekko pchnąłem. Drzwi nawet nie drgnęły. Zestresowany zacząłem walić w nie. Przestałem na chwilę. Usłyszałem skrzypnięcie za sobą. Czułem jak pot ze mnie leci. Powoli się odwracałem w stronę dochodzącego dźwięku. Jedno z kółek łóżka zaczęło się kręcić przy czym skrzypiało. To nie jest dobry znak. Kolejne skrzypnięcie, które było za mną.
Kółko stanęło. Odwróciłem się. Dźwięk przypominał otwierające się drzwi, a tym czasem one jak były zamknięte, tak nadal są. Nagle coś mnie pchnęło z ogromną siłą i przywaliłem.
To była ostatnia rzecz, którą poczułem.
Nabrałem powietrza. Zacząłem się dusić od pyłu. Nie mogłem się ruszyć. Zorientowałem się, że leżę przygnieciony łóżkiem na drzwiach. Jakimś cudem udało mi się wydostać spod tego ciężaru. Przetarłem oczy z niedowierzania. 
Jakim cudem ja się tu znalazłem?
Nie przypominam sobie, żeby tutaj był ten pokój, w którym na chwilę byłem uwięziony.
Szedłem ostrożnie przez ciemny korytarz. Poczułem jak w coś wdepnąłem. Podniosłem nogę do góry. Od razu poczułem smród starej krwi i rozkładającego się ciała szczura. Ujrzałem światło przenikające przez deski. Spojrzałem przez jedną ze szpar. Byłem w tym pomieszczeniu. Byłem tutaj z Bradleyem. Tu mieszka..
Ona.
Gdy zobaczyłem tą karykaturę, od razu cofnąłem się. Pech chciał, że kopnąłem jakiś kamyk przez nieuwagę. Widziałem jak od razu się zerwała i zaczęła szukać źródła dźwięku, który przeszkodził jej w poszukiwaniu czegoś. Dźwięku, który sygnalizował jej, że ma swoją ofiarę bardzo blisko. Kiedy odeszła, przeszedłem do tego pokoju ze stołem operacyjnym. Rozejrzałem się. Nagle...
Ona.
Pojawiła się tuż przed moimi oczami.
Jest okropna. Jej wygląd jest straszniejszy od mojego największego koszmaru, przez którego miałem lęki i zachorowałem na bezsenność. 
- Oddawaj moje księgi! - Wrzeszczała po raz setny przy czym mnie dusiła.
- Kiedy zrozumiesz, że ja nie wiem gdzie są?
- Trzeba było mnie posłuchać gówniarzu. Ostrzegałam. - Szarpnęła mnie za policzek.
Poczułem jak po chwili w tym miejscu czułem pieczenie i leciała ciemnoczerwona ciecz.
- Poza tym, po co ci one? Przecież wszystko skończone.
Odwróciła się błyskawicznie. Telepała się ze złości. Rzuciła mną o ścianę tak mocno, że parę cegieł się posypało.
Nie mam sił.
Stanęła przede mną. Przełknąłem ślinę i spojrzałem na nią z dołu. Chwyciła mnie za gardło i podniosła do góry.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć, po co mi one?
Patrzyła na mnie z nienawiścią. Rozumiałem, że to jest pytanie retoryczne, ponieważ nie czekała ani sekundy dłużej aby poznać moją odpowiedź. Wbiła swoje zębiska w moją tchawicę. Powoli brakowało mi już oddechu. Zostałem w jej zaciśniętej szczęce. Moje źrenice się powiększyły.
Odszedłem.

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 13 Samotność

- Nic nie pamiętasz? Ale.. ale jak to? Przecież miała Ci wrócić pamięć,
- O co Ci chodzi? Człowieku jesteśmy współlokatorami, niezbyt mi się to podoba no, ale dobra, a Ty wyobrażasz sobie nie wiadomo co.
- Co ostatnie pamiętasz?
- Hm.. Że jesteś u mnie z jakiś tydzień..
- Co.. o Boże.. - pobladłem.
On naprawdę nic nie pamięta.. No, ale dlaczego.. Przecież miał odzyskać pamięć gdy znajdziemy to miejsce, a własnie je znaleźliśmy. Loczek odwrócił się w stronę drzwi. Wyszedł. Tak po prostu wyszedł. Stałem jak słup soli. Nie mogłem się ruszyć, Nic z tego nie rozumiem.. Przecież miał odzyskać pamięć. Coś poszło nie tak? Chce z powrotem mojego Bradzia. 
- Co Ty tak stoisz? - usłyszałem głos. To Annabelle. - Oj Connorku nie lecisz za nim?
- C..co? Skąd Ty tu się wzięłaś?
- Ja jestem wszędzie i nigdzie hahhahaha - wpadła w histeryczni śmiech.
Wyszła. Zupełnie tak jak Bradley. Podszedłem do umywalki. Odkręciłem wodę, zmoczyłem ręce i opłukałem sobie twarz. Spojrzałem w lustro. Byłem sam. Zupełnie sam,.
Zakręciłem wodę i wyszedłem. szedłem korytarzem. Sam nie wiedziałem dokąd, czego szukam. W pewnym momencie korytarz zaczął wydawać się dziwnie znajomy. Spojrzałem na drzwi po lewej stronie. Wisiała na nich tabliczka z numerem 670. Poszedłem dalej. mijałem kolejne drzwi aż w końcu doszedłem do tych z numerem 678.
To tutaj.. tutaj wszystko się zaczęło. Ciekawe czy jest w środku.
Chwyciłem za klamkę i pchnąłem drzwi. Pokój był pusty. Usiadłem na swoje łóżko. Oparłem głowę o ścianę i zamknąłem oczy.
Na jednym z łóżek siedział jakiś chłopak. Wyszedłem i spojrzałem na drzwi.
  678 to tutaj. Ale co to za chłopak? Myślałem, że nie będę z nikim dzielił pokoju. 
-Hej jestem Brad, a Ty? -powiedział chłopak.
Wzruszyłem tylko ramionami i usiadłem na łóżku. Wyjąłem z szafki zeszyt i długopis. miałem zamiar dokończyć piosenkę. 
Otworzyłem oczy. Wspomnienie zniknęło. Poczułem dziwną pustkę w sobie. Wstałem z łóżka i wyszedłem.
Długo błądziłem po korytarzach. Nikogo nie było. Byłem tylko ja i moje myśli. Cięgle zastanawiałem się gdzie poszedł Bradley. Zwiedziłem wszystkie korytarze a jego na żadnym z nich nie było.. W końcu postanowiłem wrócić do pokoju.
Odnalazłem odpowiednie drzwi i wszedłem do środka. Jego nadal tam nie było. Zacząłem poważnie się martwić. W sumie to nie pierwszy raz jak znikał, ale po raz ostatni gdy zniknął odebrał sobie życie. Wystraszyłem się, że może próbować zrobić to ponownie.
Ponownie wyszedłem z pokoju. Zacząłem szukać miejsca w którym zazwyczaj przebywał.. Gdy znalazłem się na miejscu nikogo tam nie znalazłem. Zrezygnowany postanowiłem wrócić do pokoju.
Rzuciłem się na łóżko. Leżałem głową w stronę ściany. Zamknąłem oczy.
- Nie chcę tu zostać.. Chcę stąd uciec. - Kołysałem się lekko w przód i tył.
- Ja przepraszam za Kate.. Nie wiem co ją napadło.. przepraszam.
- Szatan. - burknąłem pod nosem
- W to nie wątpię.. - Usiadł obok mnie
- Od początku, kiedy tu przyszedłem, próbowała mnie zabić. To nie jest normalne.
- Uwierz lub nie, ale nikt tu nie jest normalny. Spokojnie. - pogładził mnie po plecach.
- ZOSTAW MNIE. - Odsunąłem się od niego.
- Dobra, jak chcesz. Chciałem Ci tylko pomóc. - Wstał i podszedł do swojego łóżka.
- Każdy tak mówi, a potem pogarsza tylko moją sytuację. - Okryłem się kołdrą i zamknąłem swoje powieki.

sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział 12 Na Miejscu

Przebudziłem się nagle. Było zbyt cicho i spokojnie. To nie wróży nic dobrego w tym miejscu. Schowałem się. Cień nadchodzi. Chyba czegoś szuka. Albo kogoś. Za nim przyszły trzy inne. Dyszeli na siebie. Chyba w ten sposób się porozumiewają ze sobą. Wszystkie cienie poszły w inne strony. Muszę mieć się na baczności. Wyszedłem z kryjówki. Ostrożnie wyjrzałem zza muru na długi korytarz. Droga wolna. Biegłbym do kolejnego skrętu, lecz przeszkodziła mi w tym klamka od drzwi, którą wyrwałem. Narobiłem przy tym dużo hałasu. Przerażony wziąłem, wsadziłem ją w swoje miejsce i wszedłem do ciemnego pomieszczenia. Zdrowy głos rozsądku karcił mój wyczyn. Zamknąłem oczy i modliłem się, żeby mnie nie dopadły. Nagle na moim nadgarstku poczułem ucisk. Zacząłem wrzeszczeć, ponieważ coś mnie ciągnęło w dół. Spadałem w czarną przestrzeń niczym kiedyś Alicja, która wpadła do dziury do Krainy Czarów i Magii. Dlaczego dałem takie porównanie? Dlaczego ja myślę o takich głupich rzeczach? Przeszywał mnie ogromny ból na plecach. Nieźle o coś przyrżnąłem. Zorientowałem się, że to podłoże. Wstałem powoli. Rozejrzałem się po miejscu. Znałem je. Znałem je całkiem dobrze. A jednak..
- CO TU JEST GRANE DO CHOLERY?! - Krzyknąłem.
Nie potrafiłem pojąć, jakim cudem z piwnicy, w dół, przeniosłem się na drugie piętro. Przeraża mnie wszystko co tutaj się znajduje. Zastanawiam się, co mnie tu ściągnęło. Usłyszałem przeraźliwe krzyki.
Bradley!
Rozpoznam wszędzie te krzyki. Wbiegłem do pokoju. Co jeszcze mi się tutaj przytrafi?! Zadałem sobie to pytanie w myślach na widok zjawy gryzącej jego nogi. Od razu się na nią rzuciłem i zacząłem bić. Ta natomiast mnie odepchnęła. I to z taką siłą, że zamknąłem drzwi, uderzając w nie. Nienawidziłem jej od pierwszej chwili, kiedy ją ujrzałem. Ale krzywdzić Brada, nie pozwolę! Ciągnąłem ją za wilgotne włosy. Znalazłem jej słaby punkt. Jedyne miejsce, gdzie ją boli. Wepchnąłem ją pod podłogę wyrywając jej przy tym kępkę włosów.
- MOJE. WŁOSY - Zaczęła piszczeć i walić w drzwiczki jak opętana.
Podszedłem do chłopaka.
- W samą porę jesteś. Bałem się. Strasznie. - Przytulił się do mnie.
Czułem, że jesteśmy blisko. Zaraz zaraz... czy my nie jesteśmy na miejscu? Czy to nie jest miejsce Bradleya? Jesteśmy w swoim pokoju. Jednak nic się nie dzieje.. Jakie miejsce jest normalne, które czasem jest muzyczno-wokalne? Co za idiota wymyśla takie zagadki?
- Coś się stało? - Zapytał widząc moje zmartwienie.
- Jakie miejsce byś uznał za normalne? - Liczyłem, o jakąkolwiek podpowiedź.
- No nie wiem... normalne to mi się kojarzy z takim miejscem, gdzie każdy chodzi i niczym się nie wyróżnia.
Zamyśliłem się.
- Idioci. Idioci. Idioci - Powtarzała i rechotała.
- Zamilcz, albo pożegnasz się z włosami. - Powiedziałem stanowczo.
Miałem silną potrzebę do łazienki. Nie mogłem pozwolić na to, aby loczek został z nią sam na sam. Wziąłem go ze sobą.
Spokojnym krokiem szliśmy do łazienki. O dziwo czułem się bezpiecznie. Kiedy weszliśmy, całkowicie zapomniałem po co tu przyszedłem. Wszystko zaczęło się trząść.
- No już myślałem, że już nigdy nie znajdziecie tego miejsca.
- To jest to miejsce Brada? Na prawdę? Niby muzyczno-wokalne?
- Daj spokój. Nigdy nie śpiewałeś pod prysznicem, czy co? - Oburzył się Anioł.
Zniknął. I to na tyle?
Nie dowierzałem w to. Ale halo! Connor, znalazłeś miejsce! Odwróciłem się błyskawicznie i spojrzałem na bruneta.
- Bradziu! Jesteśmy na miejscu! - Uradowałem się.
Zacząłem się do niego przytulać i chciałem pocałować, lecz mnie odepchnął.
- Ja się zastanawiam, czy Ciebie też mam unikać.. Jesteś jakiś chory.
Do moich oczu napłynęły łzy. Miała mu wrócić pamięć.