niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 10 Miłość, Śmierć, Rozpacz

"Kiedy nie ma przy mnie loczka, dzieją się przeróżne, straszne rzeczy.. Dlaczego tak się dzieje?
Jaki jest tego wniosek?"
Kiedy nie ma przy nas ukochanej osoby,
Wszystko nam wydaje się takie trudne.
Nie potrafimy sobie poradzić z najmniejszymi problemami.
Uważamy, że jesteśmy słabsi, ponieważ nie mamy oparcia.
Uważamy także, że bez osoby ważnej dla nas,
Przytrafia nam się więcej cierpień niż dotychczas.
- Bradley, wstawaj. Musimy uciekać. Proszę Cię. To coś się tu zbliża! - Potrząsałem chłopakiem.
Ten natomiast nie reagował. Co się dzieje?! Czy już minął czas?!
Wykrzykiwałem jego imię. Obróciłem go na plecy. Odbiegłem w tył krzycząc. Loczek nie miał oczu. Były czarne dziury, z których ciekła krew. Jego skóra rwała się i powstawały kolejne dziury. Chwilę później jego ciało płonęło.
- BRADLEY! - Wrzeszczałem spanikowany, nie wiedząc co robić.
Złapałem się za włosy. Z moich oczu spływały słone łzy. W oddali słyszałem jakiś rechot, a na ścianie widać było cień pewnej osoby.
- NIE! NIE! - Wstałem błyskawicznie na równe nogi i z całych sił waliłem pięściami w ścianę.
Byłem wściekły. To nie mogła być prawda. Za płonącymi zwłokami, ktoś stał.
- Annabelle! DLACZEGO TO ZROBIŁAŚ?! - Podbiegłem do niej.
Jednak nikogo w tym miejscu nie było. Byłem zdezorientowany.
- Głupcze, To nie jest prawdziwy Bradley! - Stała za mną.
Nie rozumiałem jej słów. Jak to, to nie jest prawdziwy Bradley? To w takim razie, co to za chłopak?
- To jest zwyczajna kukła. - Dodała.
- Jak to kukła?? Przecież kukły nie mówią.
- Bo wcześniej znalazłeś swojego kolegę. Ktoś w nocy, jak spaliście musiał podmienić go. Albo odszedł sam.
To nie możliwe, żeby odszedł sam! Przecież nie miał na tyle siły, żeby iść! Jednak, kto mógłby mi podrzucić kukłę?
Kiedy chciałem zadać jej ponownie jakieś pytanie, zorientowałem się, że jej już nie ma. Znowu gdzieś zniknęła. Usiadłem na zimnej podłodze. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Byłem zmęczony tym wszystkim. Przetarłem twarz. Przypomniała mi się ta tajemnicza książka. Wyciągnąłem ją i położyłem przed sobą. Zastanawiam się czy przeczytać ją, czy spalić. Zaryzykowałem i wziąłem ją na kolana. Ręce zaczęły mi się trząść. Otworzyłem na stronie pierwszej. Ukazał mi się napis:
"Drogi Connorze! Jeszcze raz proszę, abyś czytał tę książkę, kiedy będziesz całkiem sam!"
Cóż za zaszczyt. Mieć książkę napisaną specjalnie dla Ciebie. Przerzuciłem kartkę na kolejną stronę. Dużym, tłustym drukiem widniał tytuł:
Miłość, Śmierć, Rozpacz.
Nie jestem pewny, czy dobrze robię, że to czytam, ale jestem ciekawy o czym to jest, że karzą mi czytać to w samotności. Przełknąłem gorzko ślinę i przewinąłem kolejną kartkę.
Pewnego razu, do psychiatryka trafił pewien chłopak o imieniu: Blake.
Był całkiem inny. Różnił się od wszystkich w tym miejscu. Wydawał się być samotnikiem. Przebywał wiecznie sam. Z nikim  nie rozmawiał. Nie lubił ludzi. A raczej się ich bał. Jednak kiedy było przeludnienie, przeniesiono chłopaka do innego pokoju. Los chciał, że miał współlokatora. Z początku nie odzywali się do siebie. Łapali od czasu do czasu kontakt wzrokowy. Jego współlokator, był podobny do niego. Także był skryty w sobie. Wydawał się być nawet tajemniczy. Jego oczy szczególnie to ukazywały. Z czasem przyzwyczaili się do wspólnej ciszy. Kiedy Blake przyzwyczaił się do towarzysza, odważył się rozpocząć rozmowę. Codziennie wieczorami rozmawiali ze sobą. Z biegiem czasu, zaczęli sobie ufać. Zaprzyjaźnili się. Przywiązywali się do siebie. Jednak wiedzieli się tylko na stołówce i wieczorami w pokoju. Mimo, że widywali się codziennie, to i tak tęsknili za sobą. Chłopcy bardzo to przeżywali. Kiedy nadszedł ten czas, gdy terapia Blake'a przynosiła pozytywne rezultaty, nie mogli w to uwierzyć. Lekarze uznali chłopaka za zdrowego. Mógł wrócić do domu, lecz nie mogli oswoić się z tą informacją, że zostaną rozdzieleni. W dniu wyjścia Blake'a z psychiatryka, stała się tragedia. Jego martwe, zimne ciało leżało na drewnianym krześle w kącie pokoju. To był wielki wstrząs dla rodziców, personelu oraz przyjaciela. Nikt tak naprawdę nie wie, co się stało.
Legenda głosi, że jego duch nawiedza ten szpital. Można powiedzieć, że mieszka sobie i krzywdzi innych pacjentów mszcząc się za to, co mu zrobiono.
Odrzuciłem przedmiot. Złapałem się za głowę. Do czego mi to potrzebne? Po co, na co mi to? Dlaczego akurat ja to musiałem przeczytać? Nie byłem w stanie czytać dalej. Próbowałem sobie tego nie wyobrazić. Jednak ta opowieść, kojarzyła mi się z czymś. Kojarzyła się z moim życiem, kiedy trafiłem na XII oddział.
Wspomnienia wróciły. 
Zaczęło mnie kłóć w klatce piersiowej. 
Cholernie bolało.
To zleciało tak szybko...
Jak na pstryknięcie palca.
To dla mnie za dużo.
Chcę się poddać.
Pozwól mi się poddać.
Zniknęliśmy z tej Ziemi od tak,
jak na pstryknięcie palcem.
Zapomniani.

Brak komentarzy: