niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 2 Złe Wieści?

Niczego tutaj nie rozumiem.. Myślałem, że jak umrę to zaznam spokoju w końcu.. a ja się dowiaduję, że coś złego się stanie..
- Kim jesteś i jakie złe wieści? - Nie wytrzymałem.
- Och wybacz, byłem Aniołem Stróżem Bradleya. Te złe wieści są takie, że niestety, ale kazano mi przekazać, że Brad musi wrócić na swoje miejsce w ciągu 24 godzin, w przeciwnym razie zostanie tutaj w nicości i będzie się błąkać tutaj sam.
- Ale jak na swoje miejsce? Gdzie jest moje miejsce? - Podrapał się po czuprynie.
- Jak każdemu, daję zagadki. Musicie dojść do tego miejsca przed upływem 24 godzin. Pamiętajcie.
Przytaknęliśmy.
- A więc! - Zaczął Anioł. - W dziwnym to domu się dzieje, nie wiadomo księżyc czy Słońce się śmieje. Niezależnie od godziny, każda istota potrzebuje miłej chwili. Różne rzeczy tam się dzieją, lecz nie dojdziecie tam aleją. To miejsce jest normalne, jednak nawet czasem muzyczno-wokalne. Pamiętajcie macie dobę na rozwiązanie zagadki.
- Już wiem! Wiem co to jest! - Podskoczył uradowany loczek.
- Powodzenia! - Zniknął.
Zniknęło wszystko
Wstałem z silnym bólem głowy.
Gdzie ja jestem? Gdzie mnie znowu wyniosło?
Stałem na mokrej od porannej rosy trawie. Rozglądałem się po całym otoczeniu.
Jestem w parku, ale gdzie jest Brad?!
Zacząłem szukać bruneta. Usłyszałem szelest. Odwróciłem się i spojrzałem na krzaki. Podszedłem powoli.
- Ugh, moja głowa.. - Od razu rozpoznałem czyj to głos.
- Bradley! Skarbie! - Ucieszyłem się i pomogłem mu wstać.
W pewnym momencie pobladł. Był zszokowany? Zdziwiony? Zrobił wielkie oczy i odsunął się ode mnie.
- Kim ty jesteś? - Zapytał przerażony.
- Brad, powiedz, że robisz sobie jaja..
- Kim ty jesteś?! - Cofnął się kilka kroków.
W tej chwili myślałem że mi serce pęknie.
Co mu się stało? Jeszcze przed chwilą się przytulaliśmy, a teraz nie pamięta kim jestem? To chore!
- Bradziu, to ja. Connor. Nie pamiętasz mnie?
- My się znamy? - Otrzepał swoje spodnie z piasku.
- Tak, powiedz mi, co pamiętasz sprzed 30 minut?
- Uhm.. Upadłem. - Złapał się za głowę.
Spoglądał na mnie wrogo. Czułem się strasznie. Nie wiedziałem co powiedzieć..
- Gdzie w ogóle jesteśmy? - Zapytał.
- W parku. Sam nie wiem jak tutaj się dostaliśmy..
Popatrzył na mnie jak na konkretnego idiotę. No tak, przecież nic nie pamięta to mnie nie rozumie.
- Zaczekaj! Brad! Dokąd idziesz? - Próbowałem go dogonić.
- Zostaw mnie.
- Gdzie idziesz?
- Daleko od gatunku ludzkiego.
Ale.. przecież umarłeś.... No i co ja mam teraz zrobić? Jeszcze do tego mamy wyliczony czas i ta chora zagadka! Ja tylko chciałem być blisko mojego Bradzia.. a nie rozwiązywać popieprzone zagadki. Loczek wiedział o co chodzi zanim.. DLACZEGO MNIE TO SPOTYKA NAWET PO ŚMIERCI?
Ze swoich myśli wyrwały mnie wrzaski i piski. Odwróciłem się błyskawicznie.
Zacząłem biec w stronę spanikowanego bruneta.
- Co się stało? - Zatrzymałem się zadyszany.
Pomimo tego, że jestem duchem, nadal się duszę to bardzo dziwne.. za bardzo.
Wyciągnąłem z kieszeni inhalator i zaciągnąłem się dwa razy.
- Bierzesz prochy?
- Ta, to prochy, które nie pozwalają mi się udusić.
- Zaraz, zaraz.. Dlaczego mnie widzisz?
- A mam Cię nie widzieć?
- Tamten facet przeszedł przeze mnie! - Krzyknął i wskazał na wysokiego, szczupłego mężczyznę w szarym garniturze.
- Brad uspokój się. - Przytuliłem go.
- Ej, bo ktoś nas zobaczy.. - Powiedział cicho.
- Niech patrzą i widzą jakiego mam najlepszego misia we wszechświecie.
Nagle mnie odepchnął.
- Ty weź sie lecz. - Wskazał palcem na swoje czoło i odszedł.
Poczułem pustkę. Czułem się jakbym dostał w twarz.
Siła
Czym jest siła? Nie mam pojęcia. Czy ja mam jeszcze serce? Oczywiście, że nie. Więc co mnie w tej chwili boli? Connor, bądź silny. Nie rycz. Mówię nie rycz! - Na próżno.
Widziałem jak cząstka mnie odchodzi. Sam. Nie mogę powstrzymać swoich łez. Usiadłem na ławce załamany.
- Krwawisz. - Usłyszałem.
- Słucham? - Wytarłem łzy i spojrzałem na szatynkę w długich włosach.
- Krwawisz. - Wskazała na moją klatkę piersiową.
Spojrzałem w to miejsce. Spanikowałem. To było dziwne.  Miałem dziurę na swej piersi chociaż tego nie czułem. Zerknąłem jeszcze raz na dziewczynę. Przymrużyłem oczy.
- Jane? - Zdziwiłem się.
W odpowiedzi otrzymałem szeroki uśmiech.
- Jakim cudem ty.. - Podrapałem się z tyłu głowy.
- Nie posłuchałeś napisów na przodzie książki.
- Skąd wiedziałaś o nich? - Uniosłem brwi.
- Po tym jak McCurdy wezwał księdza, umarłam w połowie egzorcyzmu i obserwowałam was.
To dlatego przeszywało mnie to dziwne uczucie, jakby ktoś nas cały czas obserwował.
- Co się stało z Bradleyem? - Zapytała
- Sam nie wiem.. Wszystko było dobrze, dopóki się tutaj nie przenieśliśmy. Jakby poprzestawiało mu się w głowie.
- Musisz go jak najszybciej znaleźć Connor. Samotna dusza jest tylko przynętą.
- Przynętą?
- Pomogę Ci go szukać. Czas wam powoli się kończy. Jak brzmi zagadka?
- Też dostałaś taką dziwaczną?
- Normalną. Mówże.
Jak można dostać normalną zagadkę? Jeżeli ona dostała w miarę normalną, to dlaczego my z Bradem dostaliśmy takie dziwaczne coś?? To nie sprawiedliwe! a może miała po prostu normalnego Anioła stróża? 
Kiedy powtórzyłem treść swojej zagadki. Zamyśliła się.
- Wiesz co? Serio jest poryta. - Rzuciła i wstała. - Ale lepiej znajdźmy twojego Brada.
Mojego Brada.. Dlaczego mnie zabolały te słowa? Czułem jak już nie jest mój.. Jest mi teraz całkiem obcy. ale nie wiem, czy nie jestem jego jedyną pomocą. W końcu razem mamy się znaleźć w tym miejscu. Muszę mu wskazać drogę. Nie mogę go zostawić samego, pomimo tego, że mnie zranił. Zranił mnie słowami. Jestem jego nadzieją. Muszę mu pomóc najlepiej jak tylko potrafię.

2 komentarze:

Unknown pisze...

Jezu nie Magda, nie... NIE. Czemu on nic nie pamięta?! Kurde no! I will kill you xD PISZ NASTĘPNY!

XXXX pisze...

Świetny czekam na następny :)