niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 3 Znalazłem?

Udaliśmy się w stronę w którą poszedł loczek.
- BRAD, BRAD - krzyczeliśmy, ale nikt nie odpowiadał.
Po piętnastu minutach daremnego szukania załamany usiadłem na pobliskiej ławce. Jane zrobiła to samo.
- Już po nas. Nie znajdziemy to przed upływem 24 godzin. - powiedziałem załamany.
-  Znajdziemy go, obiecuję - dziewczyna poklepała mnie po ramieniu. - A teraz wstawaj. Trzeba go znaleźć.
- Jane... przeszukaliśmy cały park.
- Dlatego musimy przeszukać całe miasto.
- To zajmie nam wieczność.
- Jeżeli się pospieszymy to na pewno nie.
Wyszliśmy z parku.
- Gdzie idziemy teraz? - zapytałem.
- Przed siebie.
- O to mi dużo wyjaśnia. - spuściłem głowę i powlokłem się za dziewczyną.
Szliśmy ulicą w nieznaną mi stronę. Jane nie chciała mi powiedzieć dokąd mnie prowadzi. W końcu zatrzymała się i patrzyła na słup.
- Co ty słupa nie widziałaś? - zapytałem
- Czytam rozkład jazdy. - oznajmiła. - Nie będziemy ciągle szli to za dużo czasu by nam zajęło.
- Ta tylko ja nie mam pieniędzy na bilet.
- Ja też nie.
- To jak chcesz pojechać?
- Przypominam, że jesteś duchem, ja również, nikt nas nie widzi, więc nikt nie będzie żądał opłaty. - pokiwałem głową na znak, że rozumiem. - Autobus powinien być za dwie minuty.
Resztę czasu spędziliśmy w milczeniu. Te dwie minuty strasznie mi się dłużyły. W końcu na przystanku zatrzymał się pojazd. Drzwi się otworzyły i zaczęli wchodzić i wychodzić z niego ludzie. Przecisnęliśmy się między nimi i poszliśmy na miejsca znajdujące się na samym końcu. Na jednym z siedzeń ujrzałem Brada.
- Bradziu! To Ty! Martwiłem się - usiadłem obok niego. 

Odwrócił się w moją stronę.
- Ah to Ty... Czego chcesz?
- Żebyś poszedł ze mną i z Jane.
- O nie. Nie ma mowy świrusie.
- No, ale czemu?
- Hmm niech pomyślę... Bo ja was nie znam i hmm... zachowujecie się jakbyście uciekli z psychiatryka.
- Tam właśnie się poznaliśmy. - mówię pod nosem.
- Co ty tam mówisz? Mów głośniej, bo nic nie słyszę.
- Nic, nic nie mówiłem.
- To dobrze, a teraz idź do swojej koleżanki, żegnam.
- Cześć Brad. -odpowiedziałem i wstałem. 
Tak jak kazał poszedłem do Jane. Skierowałem wzrok na loczka.
Dlaczego on taki jest? Dlaczego mnie nie poznaje? Dlaczego nie da mi nic wytłumaczyć? Dlaczego? Nie widzi, że ja chce mu pomóc, że chce dla niego jak najlepiej...
Autobus się zatrzymał. Brad wstał ze swojego siedzenia. Jane zrobiła to samo, a ja siedziałem i nadal miałem wzrok utkwiony w miejsce gdzie siedział chłopak. Dziewczyna mnie szturchnęła abym się ruszył, ale ja nadal siedziałem. Drzwi autobusu zamknęły się i pojazd ruszył.
- Brawo teraz na pewno go nie znajdziemy. - powiedziała.
- Oj daj spokój. - nadal nie odrywałem wzroku od fotela. - Znajdziemy go jeszcze.
- No ja mam nadzieję, bo to była na prawdę świetna okazja. Minęło trochę czasu zanim pojazd znowu zatrzymał się na przystanku. Kiedy stanął na chwilę, wybiegliśmy z niego od razu.
Zaczęliśmy się rozglądać po całej okolicy, w której aktualnie przebywaliśmy.
Jane wzruszyła ramionami na znak, że nie wie gdzie się znajdujemy.
Ale czy ja znam to miejsce? Coś mi się kojarzy. Coś mi świta. Lecz nie jestem pewny..
Ruszyłem przed siebie.
- Connor? Gdzie idziesz?
Ignorowałem jej pytania. Rozglądałem się po drzewach, krzakach, a nawet małe ptaszki zaczynały mnie bardzo ciekawić.
Tkwiłem już tak długo w tym psychiatryku... Nie pamiętam kiedy ostatni raz szedłem sobie na spokojnie poboczem jezdni. Nagle doświadczyłem dziwnego uczucia... Jakbym tu już kiedyś był, ale nie na chwilę.. Jakbym tu spędził parę lat...
Podniosłem głowę do góry. Moim oczom ukazał się dom w kolorze ciemnego brązu. Nagle na podwórko wjechało srebrne auto. Z niego wyszła dwójka dzieci, oraz ich rodzice.
Coś mnie zabolało. Złapałem się za klatkę piersiową i uklęknąłem. Z moich oczu zaczęły wypływać łzy. Czułem w dłoni ciecz. Popatrzyłem się na nią. Cała we krwi..
Dlaczego ja krwawię? Dlaczego? Przecież jestem duchem.
Jane pomogła mi wstać. Wszedłem za rodziną do wnętrza budynku. Pobiegłem szybko na górę. Otworzyłem drzwi od pokoju. Wszedłem do środka. W mojej głowie narastał przerażający hałas. Złapałem się za nią. Nagle ktoś się przewrócił przeze mnie. Usłyszałem śmiech osoby trzeciej.
- Denis! Nie potrafisz chodzić? - Dziewczyna wiła się ze śmiechu na kanapie.
Zerwałem się na równe nogi. Podszedłem do niej i przyjrzałem jej się z bliska. Nigdy przedtem jej nie widziałem. Dostała gęsiej skórki. Za blisko podszedłem. Zbiegłem po betonowych schodach w dół. Przeszedłem z korytarza do salonu.
Tak wiele się pozmieniało, a jednak wcale.
- Tato? Tato! Co to za kobieta? Kim ona jest?! - Wkurzyłem się na widok jakiejś plastikowej laluni.
Lecz zdzierałem gardło na darmo. Zaciągnąłem się inhalatorem. Nie słyszał mnie. Nikt mnie nie słyszał.
Zdradza mamę! Już wszystko jasne! Ale.. od kiedy to już trwa? Przecież ta dziewczyna jest prawie w moim wieku... Muszę znaleźć mamę! Ale najpierw Brada.. lecz on nigdzie ze mną nie pójdzie, więc lepiej mamę znaleźć.. CO JA MAM ROBIĆ?!
Wybiegłem z tego domu jak najszybciej. Moje myśli rozwalały mi głowę.
Rzeczywistość jest zbyt bolesna. Nie lubię jej.
Załamałem się, nie wiem kompletnie co mam robić. Od czego mam zacząć? Dlaczego to wszystko jest takie skomplikowane? Płakałem. Sam nie wiem czemu, ale płakałem. Chyba dlatego, że czułem się okropnie przybity i samotny. Jane mi wcale nie pomagała. Stała tylko i się patrzyła. Jakby czekała na coś. Albo na kogoś.
To cholernie boli. Boli to, że widzisz osobę, która jest szczęśliwa bez Ciebie.

2 komentarze:

Unknown pisze...

Mega ☺️

Unknown pisze...

Czemu on go nie pamięta?! To strasznie boli... Przecież oni muszą być razem... Mam nadzieję, że wszystko się ułoży ;(