sobota, 5 listopada 2016

Rozdział 23

Wbiegłem na korytarz jak szalony. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jestem mordercą..
- Tu Cię mam. Widziałeś może Amandę? - Klepnął mnie w ramię James.
Spojrzałem na niego przerażony i uciekłem do pokoju. Nie wiedziałem co miałem odpowiedzieć.
Spojrzałem na swoje dłonie. Usiadłem na łóżku. Nie mogłem pozbierać wszystkich myśli do kupy. Zszedłem na dół do drugiego pokoju i próbowałem ponownie uruchomić maszynę.
Było coś nie tak... Nie mogłem nic z nią zrobić.
W pewnej chwili Usłyszałem huk. w Tym samym momencie błysnęło światło.
Ze strachu upadłem na ziemię.
- Co jest? - Szepnąłem i próbowałem wstać.
Załamany złapałem się za głowę widząc spalony cały dysk w komputerze. Próbowałem go jakoś naprawić, ale po pół godzinie główkowania to było bez sensu. Nie mogłem już nic zrobić. Nie mogłem już cofnąć czasu.
Wyszedłem z pomieszczenia na górę. Zacząłem się dusić. Sięgnąłem po inhalator i zaciągnąłem się nim parę razy.
Nie pozostało mi nic innego do roboty, jak uciec stąd.
Przebrałem się i wyszedłem ponownie na korytarz. Zacząłem się rozglądać czy nikogo nie ma.
Zauważyłem Jamesa rozmawiającego z McCurdym. Wskazał na mnie palcem, a moje serce przyspieszyło swoje bicie. Czułem jak uderza mnie fala gorąca ze stresu.
Ktoś mnie złapał za ramię. Momentalnie strzepnąłem tę dłoń i przyspieszyłem kroku.
- Connor stój no. Chcę pogadać! - Przyczepił się do mnie blondyn.
- Zostaw mnie! - Odepchnąłem go z całej siły.
W tym momencie na korytarzu zapanowała cisza. Chłopak upadł na podłogę a ja zostałem przeszywany dziesiątkami par oczu. Widziałem jak już paru pielęgniarzy i Jack biegli w moją stronę.
Wziąłem szybki wdech, odwróciłem się na pięcie i wystartowałem do wyjścia. Zeskakiwałem ze schodów, a kiedy już znalazłem się na parterze, nie zauważyłem, że mój but się rozwiązał i zaryłem o krzesła, dzięki którym zostałem poobijany. 
Złapali mnie. Próbowałem się wyrywać, ale to było na marne. Ugryzłem jednego w rękę i próbowałem jakoś się uwolnić, lecz druga osoba mnie przytrzymała i założyli mi kaftan bezpieczeństwa.
- Teraz to możesz sie wyrywać aż się zmęczysz. - Spojrzał na swoją rękę.
Patrzyłem mu chwilę z nienawiścią w oczy i w pewnym momencie oplułem faceta w twarz. Wziął mnie za kaftan i szarpali mną aż do czasu, w którym wrzucili mnie do izolatki.
- Co wy robicie?! Wypuśćcie mnie stąd!! - Krzyczałem do okienka.
W tej chwili ujrzałem w nim twarz Jacka.
- Jesteś zagrożeniem dla innych. To dla twojego i naszego dobra Connor.
Odszedł. Wołałem go, ale on mnie nie słuchał. 
Było mi zimno, czułem się samotny i obolały.
- Nieudacznik.
- Morderca.
- Psychol
- Idiota... - Zaczęły się szepty.
- Nie nie nie nie nie. Błagam nie! - Zacząłem walić głową w ścianę.
Męczyłem się z nimi nie wiem jak długo, ale wydawało mi się, że to trwa wieczność.
Zacząłem drżeć. Cienie nadchodzą... One są już blisko. Idą po mnie. Rozglądałem się po ciemności tego pomieszczenia wypatrując zła.
Płacząc, śpiewałem kawałek piosenki:
  All I want is nothing more
To hear you knocking at my door
Cos if I could see your face once more
I could die a happy man I'm sure
When you said your last goodbye
I died a little bit inside
I lay in tears in bed all night
Alone without you by my side
But if you loved me
Why'd you leave me
Take my body
Take my body
All I want is
And all I need is
To find somebody
I'll find somebody  
 See you brought out the best of me
A part of me I've never seen
You took my soul and wiped it clean
Our love was made for movie screens
But if you loved me
Why'd you leave me
Take my body
Take my body
All I want is
And all I need is
To find somebody
I'll find somebody
Like You
Ujrzałem te zębiska z bliska. Zacząłem wrzeszczeć, ponieważ znałem już swój koniec. Zostałem pożarty przez ten ogromny cień, który był całym złem w moim sercu.
____________________
Wyjaśnienie:
Pewnie większość nie rozumiała czym są te cienie. 
Cień tutaj przybiera formę złych czynów, które kiedyś popełniono.
W przypadku Wielkiego Cienia, jest trochę inaczej, ponieważ jest on depresją.
To właśnie wyniszczyło Bradleya od środka, oraz po części Connora.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział 22 Amanda

Wbiegłem do kopuły. Dostałem napadu. Obmacywałem każdy centymetr swojego ciała w poszukiwaniu mojego inhalatora. Nie czułem go nigdzie. Spanikowany próbowałem łapać oddech i szukać wzrokiem przedmiotu. Znalazłem go na blacie. Szybkim ruchem ręki zgarnąłem go i wziąłem parę wdechów.
Próbowałem się jakoś uspokoić. Zacząłem masować swoje skronie i ponownie wybrałem datę i godzinę. Wyszedłem z komory.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Bradley wstał i złapał mnie za ramię. Posłał mi swój delikatny uśmiech.
- Już okej. Spokojnie.. Usiądź, a ja za chwilę tu wrócę.
Chłopak posadził mnie na łóżku i wyszedł z pokoju. Nie wiedziałem co mam robić przez ten czas.
Długo nie wracał.. Martwiłem się, że znowu coś się stanie. Pociągnąłem z klamkę i wyszedłem z pomieszczenia. W tym samym momencie zobaczyłem jak Amanda zaczyna bić Brada po głowie.
- Co ty robisz?! - Zatrzymałem ją przed ponownym uderzeniem.
Obydwoje ryczeli. Próbowałem ich jakoś ogarnąć.
- Nienawidzę cię. Jesteś nikim! Obiecałeś palancie! - Uciekła do swojego pokoju.
Przyszła pielęgniarka. Pytała czy coś się stało i po chwili kazała nam wracać do łóżek.
Wróciliśmy do pokoju. Z racji na godzinę, postanowiłem już się powoli kłaść. Ściągnąłem swoją koszulkę. Zorientowałem się, że Brad mi się cały czas przygląda. Podszedłem do niego.
- Co się stało?
- Nic.. - Objął mnie i złożył dwa pocałunki na moim brzuchu.
Dostałem gęsiej skórki i mruknąłem cicho. Pogłaskałem go po głowie i zdjąłem jego bluzkę. Położyłem się na niego całując przy tym jego szyję. Loczek przycisnął mnie do siebie i jęknął cicho.
Przegryzłem lekko jego skórę.
- Con... - Mruknął.
Składałem pocałunki na jego klacie i schodziłem coraz to niżej. Błyskawicznie rozpiąłem jego spodnie i ściągnąłem je z niego. Brunet spojrzał tylko na mnie swoimi czekoladowymi oczami i wyczekiwał na kolejny mój ruch. Posłałem mu tylko uśmiech.
- Nie pogrywaj tak ze mną. - Położył głowę z powrotem.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
O nie. Tak być nie będzie.
Wstałem szybko i się ubrałem. Kiedy Bradley wrócił, przestraszył się mnie.
- Connor... Zawału dostanę. - Złapał się w miejsce serca.
- Dawaj mi to.
Loczek się zmieszał i udawał, że nie wie o czym mówię.
- Słyszysz? Daj mi te tabletki do jasnej cholery. - Wyciągnąłem dłoń.
Wyciągnął małe pudełeczko z kieszeni i podał mi je do ręki. Zrobił się nagle czerwony ze wstydu.
Przytuliłem się do niego i pocałowałem w nos.
- Już dobrze. Jeżeli cię coś męczy, to mi powiedz. Zawsze ci pomogę.
Nagle ruszył się jak poparzony. Najwidoczniej coś mu się przypomniało, albo wpadł na głupi pomysł.
-Pokazać ci miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał?
Kiwnąłem głową na zgodę. Chwycił mnie za dłoń i wyszliśmy z pokoju.
Rozglądał się z jakieś pięć razy i pociągnął mnie za sobą. Nie mogłem za nim nadążyć, a biegł tak szybko, że po kilku minutach dostałem zadyszki. Ciągnął mnie po jakichś schodach na górę.
Czyli jest wyższe piętro?
Otworzył drzwi. Zawiało chłodnym, ale za to świeżym powietrzem.
- Co ty tu do cholery robisz?! - Zaczęła krzyczeć.
- Amanda? Uspokój się proszę.
- Przestań! Po prostu przestań! Nie dotykaj mnie nawet! - Odepchnęła go.
Loczek się poślizgnął i upadł. Kiedy chciał się podnieść, zrobił kilka kroków do tyłu i ponownie upadł. Znalazł się nagle na krawędzi. Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Stresowałem się jak cholera. Nie chciałem tego widzieć.. Nie mogłem.
- Conny... - Był tak samo przerażony jak ja.
Zauważyliśmy wszyscy, że się powoli zsuwa. Zacząłem biec w jego stronę.
Złapałem go za rękę.
- Bradziu, wytrzymasz! Trzymaj się mnie mocno!
- Connor nie mogę.. - Z jego oczu, wyleciały łzy.
- Trzymaj się! Mówię do ciebie!
Puścił uścisk. Myślałem, że zwariuję. Widziałem tylko jak chłopak szybko się ode mnie oddala.
Złapałem się za głowę. Miałem przed oczami obraz, jak nadziewa się o słup.
Myślałem, że rozszarpię tą kobietę. Siedziała skulona na dachu i ryczała.
- Connor, ja nie chciałam... przysięgam... - Wstała gdy podszedłem do niej.
Złapałem ją za włosy i zacząłem ją ciągnąć. Bijąc mnie, próbowała się jakoś bronić..
- To wszystko przez ciebie rozumiesz? - Puściłem ją.
Odwróciłem się do niej plecami. Spojrzałem na swoje ręce.
Nie przypuszczałem, że mógłbym to kiedykolwiek uczynić gołymi rękoma...
-Connor... - Położyła rękę na moim ramieniu.
- Nie dotykaj mnie nawet! - Strąciłem jej dłoń i popchnąłem ją.
Cofnąłem się. Nie chciałem patrzeć jak druga osoba skończy na dole. Uciekłem stamtąd.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 21 Barry

Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Kim ona jest, żeby podnosić głos na mojego Bradzia?
- Martwiłam się..
- Ja też się martwiłem i jakoś na niego nie krzyczę. Jeżeli masz robić mu wyrzuty, to idź stąd.
Dziewczyna zdziwiona moim zachowaniem, stała chwilę bezruchu, a później wyszła z pokoju.
Odwróciłem się i uśmiechnąłem do niego. Usiadłem okrakiem na jego kolanach. Przytuliłem się i pocałowałem go kilkakrotnie w głowę.
- Masz na coś ochotę? Może coś zjesz? Zjemy kolację?
- Możemy.
Wstaliśmy i wyszliśmy na stołówkę. Nikogo już nie było.
- Spóźniliście się. - Powiedziała zachrypniętym głosem kucharka. - Ja wychodzę. Chcecie, to ugotujcie sobie coś sami.
Wyszła.
Przeszliśmy do kuchni pod ladą. Pytałem kilka razy bruneta co by chciał zjeść. Ani razu mi nie odpowiedział pozytywnie.
Znalazłem makaron i zacząłem go gotować. Resztę składników dokładnie wymieszałem ze sobą.
Chłopak siedział przy jednym stoliku.
Ułożyłem makaron w brytfannie i polałem go sosem z mięsem. Powtórzyłem tą czynność jeszcze parę razy. Posypałem koniec parmezanem i wstawiłem do piekarnika na kilka minut. Kiedy wyciągnąłem gotowe jedzenie, pokroiłem na talerze. Wziąłem ze sobą sztućce i podałem danie na stolik.
- Con... Nie wiedziałem, że umiesz gotować tak dobrze.
Pierwszy raz od tak długiego czasu, widziałem, żeby loczek jadł z apetytem. Byłem dumny z siebie, że mu smakuje.
- Masz może jeszcze? - Zapytał oblizując usta.
Zaśmiałem się i przyniosłem mu drugi kawałek. Cieszyłem się, że w końcu je wszystko z talerza.
Patrzyłem na niego z zainteresowaniem.
Kiedy skończyliśmy, wstawiłem naczynia do zmywarki i wyszliśmy ze stołówki.
- Brad? Co ty odwalasz? - Spojrzałem na niego.
Chłopak położył się na podłodze.
- Teraz mnie tocz. - Zaśmiał się.
Zrobiłem co kazał. W pewnym momencie potknąłem się o własne nogi i przewróciłem się na niego. Zaczęliśmy się głośno śmiać. Nagle wyszła pielęgniarka i zaczęła robić nam wielkie wyrzuty, że hałasujemy i powinniśmy już być dawno w swoich pokojach. Zaśmialiśmy się tylko i uciekliśmy do pokoju. Trzasnęliśmy drzwiami. Brad przycisnął mnie do ściany i zaczął namiętnie całować. Mruknąłem cicho i zdjąłem jego bluzkę. Chłopak uczynił to samo i rzucił mnie po chwili na łóżko.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
Byłem zdezorientowany. Tak szybko opuścił mnie i ten pokój. Nie miałem sił wstawać.
Położyłem się z powrotem i spróbowałem zasnąć.
Usłyszałem jak wrócił do pokoju. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać.
- Conny... - Mruknął.
- Kim on jest?
- Kto?
- Daj mi chwilkę Barry.. - Udałem jego głos.
Zmarszczył brwi. Po krótkim czasie zaczął się śmiać.
- Słońce, chyba nie jesteś o niego zazdrosny, co?
- Nie jestem zazdrosny! - Przykryłem się kołdrą.
Do pokoju przyszedł Jack. Kazał mi się ubrać i być za dwadzieścia minut u niego w gabinecie.
Wstałem od niechcenia i zacząłem się powoli ubierać.
- On jest dla mnie nikim... przecież dobrze wiesz...
- Mhm jasne. - Wyszedłem wściekły z pokoju.
Miałem mieć krótką rozmowę z lekarzem o swoim zdrowiu, a przerodziło się to w trzy godziny męczącej peplaniny zwanej terapii. Z gabinetu wyszedłem od razu na obiad.
Ogarnąłem, że nigdzie nie było Bradleya. Zdenerwowałem się. Bezsensownie bawiłem się jedzeniem nadziewając je na widelec. Nieobecność mojego chłopaka, odebrała mi apetyt. Nie potrafiłem nic przełknąć. Odstawiłem tackę z jedzeniem i wyszedłem stamtąd. Czułem, że coś jest nie tak. Biegłem do pokoju.
Zamarłem. Loczek leżał na podłodze z pianą w ustach. Podszedłem do niego. Nie mogłem wyczuć pulsu. Zalałem się łzami.
Wyszedłem z pokoju.
- BARRY! - Zacząłem krzyczeć.
Nie mogłem go nigdzie znaleźć. Jeden z pacjentów wskazał mi drogę, w którą stronę poszedł rudzielec.
Dopadłem go. Chwyciłem go za szyję i zacząłem podduszać.
- Koleś, powaliło cie?
- Co ty mu dałeś?! GADAJ
- Tabletki.. - Powiedział ledwo. - Za żyletke..
Wymierzyłem mu cios w nos. Zaczął krwawić.
- ROZUMIESZ, ŻE PRZEZ CIEBIE ON NIE ŻYJE?!
Po tych słowach wszyscy patrzyli na nas. Uciekłem stamtąd. Muszę zrobić to inaczej.

środa, 24 sierpnia 2016

Rozdział 20

Włączyłem swoją ulubioną playlistę w telefonie. Nudziłem się jak cholera i z ciekawości przesunąłem stare łóżko.
- Znowu się spotykamy. - Przejechałem dłonią po drewnianych drzwiach w podłodze.
Rozwaliłem zamek. Serce waliło mi szybciej. Szybkim ruchem otworzyłem przejście. Zawiało chłodem.
Wyciągnąłem latarkę z szuflady i schodziłem na dół. Z każdym nadepnięciem schodki skrzypiały jak z typowego horroru.
Kiedy znalazłem się już na dole, szukałem włącznika. Nastała jasność. Wyłączyłem latarkę.
Usiadłem do biurka. Z szafki wyciągnąłem książki i zacząłem je czytać. Były to jakieś zeszyty, w których było bardzo wiele wzorów matematycznych i fizycznych. Byłem zaskoczony, że wszystko z nich rozumiałem. Z tego co widzę, to ktoś próbował stworzyć coś w stylu jakiegoś wynalazku.
W połowie zeszyt był pusty. Z niewiadomych mi przyczyn ktoś najwidoczniej nie skończył swojego dzieła. Na końcu widniały różne wyniki, które były zakreślone.
W tym momencie mnie olśniło. A gdyby tak... Zacząłem uważnie czytać każdą zawartość zapisków. Byłem tak zainspirowany i zmotywowany do działania jak nigdy przedtem. Dopisywałem także swoje obliczenia i wszystkie wyniki się ze sobą zgadzały. Wstałem z krzesła. Byłem zdumiony tą pracą. Przeszedłem do innego pokoju i próbowałem wyrwać jedne stare drzwi zrobione z desek.
Kiedy mi się to w końcu udało, otworzyłem szeroko usta z zachwytu.
Ktoś już wpadł na ten pomysł wcześniej ode mnie.. Z różnych drewnianych pozostałości, zrobiłem szafkę. Otworzyłem ją. Czegoś jeszcze w tym miejscu mi brakuje. Wbiegłem na górę po schodach i z dna szafy wyjąłem szary koc. Wróciłem do podziemi i zawiesiłem ten koc w szafie, aby nie było widać korytarza po drugiej stronie. Spojrzałem na zegar w telefonie. Mam godzinę, żeby coś zrobić bo będą mnie wołać na obiad.
Przechadzałem się tym korytarzem i patrzyłem na różne wiszące kable. Z korytarza, przeszedłem do takiej jakby komory, w której były przeróżne urządzenia z wieloma przyciskami. Miałem wielką ochotę powciskać je wszystkie. Znalazłem jeden normalny komputer z klawiaturą. Próbowałem go jakoś uruchomić. Obok była skrzynia z narzędziami. Wziąłem kilka, przykręciłem parę śrubek i przeczyściłem kable. Spróbowałem ponownie go uruchomić i zaczął działać. Otrzepałem dłonie z kurzu i wpisywałem do sztucznej inteligencji swoje obliczenia. Nie wyskoczyły mi żadne błędy. Komputer nagle zgasł. Zdziwiłem się. Słychać było, że uruchamiał się cały system w tej komorze. Wszystkie przyciski zaczęły migać. Drżącą ręką nacisnąłem niepewnie jeden z guzików.
Wystraszony upadłem na podłogę gdy pewne urządzenie wyskoczyło centralnie przed moją twarzą.
Było w nim osiem okienek. Do końca nie rozumiałem do czego one służą. Kiedy przewijałem kolejno cyfry, zorientowałem się, że chodzi tutaj o jakąś datę. W kolejnej aka tubie, można było wpisać godzinę.
Czy to jest to, o czym myślę? Czy w końcu uda mi się osiągnąć mój życiowy cel?
W pierwszej tubie, dałem cyfry takie jak 12,08,2015 a do drugiej tuby 18,00.
Było mi dziwnie. Miałem mdłości. Spojrzałem na godzinę na moim zegarku. Godzina osiemnasta. Przełknąłem gorzko ślinę. Dzień później znalazłem Bradleya w łazience. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to powinienem go powstrzymać. Kiedy wszystkie światełka zgasły, wyszedłem z tej komory przez drzwi z drugiej strony. Znalazłem się w łazience. Otworzyłem środkową kabinę.
Spojrzałem na loczka, który był czerwony od płaczu.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
W końcu nie musi się to tak kończyć. Zrobię teraz wszystko inaczej. Nie pozwolę na to, aby stała mu się ponowna krzywda.

wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział 19 Wrak

Czuję się jak wrak
To już nie to samo
Mam ochotę zniknąć.
Leżałem na łóżku wtulony w poduszkę, na której kiedyś leżał Brad. Nie zmrużyłem oka zeszłej nocy. Gryzło mnie sumienie. Powinienem przeprosić Amandę. W końcu nic złego przecież nie zrobiła. Leżałem samotnie w pokoju. Jack powiedział, że postara się aby nikogo mi nie wrzucili do pokoju. Otworzyłem szafę. Wszystkie moje ubrania były tak samo ułożone jak kiedyś. Miałem także dodatkowe ubrania. Pozostałości po loczku. Założyłem czarne spodnie i do tego ciemny sweter. Zaciągnąłem się starymi perfumami. Objąłem samego siebie.  
Czuję się w środku pusty.. Ile ja bym dał aby cofnąć czas.. 
Ile bym dał poczochrać jego loków.. Ile bym dał za jeszcze jeden pocałunek..
Poszedłem na stołówkę. Nie miałem żadnego wyrazu twarzy.. Czułem się przezroczysty. Wziąłem talerz i postawiłem go na tackę, którą szurałem po blacie w celu przejścia do drugiego końca aby wziąć zwykłe płatki. Wsypałem je do naczynia i odszedłem. Usiadłem przy stoliku w kącie. Z kieszeni wyciągnąłem kartkę i długopis. Zacząłem coś bazgrać zajadając przy tym suche płatki. Ktoś usiadł obok mnie.
-Jak się trzymasz? - Zapytała.
Odłożyłem długopis. W tym momencie przestałem jeść.
- Amanda przestań. Nie widzisz, jak wygląda? Czekaj.. Czy to nie jest sweter Bradleya?
- James przestań. - Odgoniła go. - Przepraszam, ale wszyscy są smutni tym co się zdarzyło, ale powoli się zebraliśmy w sobie.
Nie potrafiłem jej słuchać. W głowie miałem uśmiechniętego bruneta. W tym momencie nabrały mi się łzy do oczu. Moja głowa opadła na jej ramie. Objąłem ją mocno. Nie potrafiłem się opanować.
- On tak rzadko się uśmiechał. - Ryczałem jak małe dziecko.
Czułem tylko jak mnie przytula i głaszcze po głowie. Próbowała mnie jakoś pocieszać.
- Przepraszam za wczoraj.. - Oderwałem się od niej.
- Jest okej. Nie płacz już. Brad by nie chciał, abyś był smutny. - Wytarła moje łzy.
Zaciągnąłem się inhalatorem. Wróciłem do jedzenia.
- Spałeś w ogóle coś? Co to jest? - Spojrzała na kartkę.
- Praktycznie to nic. - Świetnie Connor wymyśliłeś jedną odpowiedź na dwa pytania.Oddała kartkę, a ja schowałem ją szybko do kieszeni wraz z długopisem.
- Wróciłeś już do normalnych? - Dosiadł się James.
- A czy w tym miejscu jest ktoś normalny? - Zapytałem.
Blondyn zaśmiał się i klepnął mnie w ramię. Amanda i James opowiadali co tu się działo kiedy nie byłem obecny. Mówili jak wiele się zmieniło i jak wielu ludzi próbowało się zabić.
Nie wiedziałem dlaczego ludzie chcieli się masowo zabijać akurat wtedy kiedy mnie i Bradleya zabrakło. Z nikim praktycznie nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo i większość czasu spędzaliśmy razem w pokoju.
Dowiedziałem się również, że leżałem w śpiące z jakieś trzy miesiące.
Czyli... Czyli to wszystko, te wszystkie cienie, Annabelle, Bradley, Jane, cała ta gierka z poszukiwaniem miejsca, to tylko sen? To absurd! To niemożliwe! Przecież wszystko czułem. Każdy dotyk loczka... każdy zapach.. To nie może być prawda!
Wstałem i odszedłem od stołu. Snułem się po korytarzu niczym znudzony duch niemający kogo straszyć.
- Co tak smutny chodzisz? Potrzebujesz czegoś? - Podeszła pielęgniarka.
- Nie mam jak kupić żadnego notesu i dobrego długopisu. Mój się już powoli kończy.
- Rozumiem. Pójdę do doktora, może coś zaradzi. - Odeszła.
To była dziwna rozmowa. Jakbym się zaczął nad sobą użalać, że jestem taki biedny, że nie stać mnie na zwykły notes. a tyle osób wokół mnie potrzebuje większej pomocy.
Usiadłem na jednym z krzeseł na korytarzu. Obok mnie chłopaki rozgrywali partię szachów, a z drugiej strony przy okrągłym stole dziewczyny kolorowały kolorowanki. Podszedłem do nich i spojrzałem co kolorują. Jedna miała ptaka, druga ogród a reszta dziwaczne wzory.
- Cofacie sie w rozwoju? - Zapytałem jedną.
Rudowłosa mnie natychmiast uciszyła.
- Nie wytrącaj nikogo z równowagi. Te kolorowanki relaksują. - Szepnęła.
No cóż. Skoro i tak nie mam co robić ze swoim życiem to się dołączę. Co mi szkodzi? Kiedy poprosiłem o jedną kartkę, dostałem jakieś trzy. Dostałem na zapas. Otrzymałem również długopisy żelowe w czterech kolorach.
I tak oto zacząłem się integrować ze świrusami. 

czwartek, 30 czerwca 2016

Rozdział 18

Czułem się wyjątkowo obolały i osłabiony. Cały obraz miałem zamazany. Wszędzie były jasne światła, że nie mogłem nic widzieć. Podniosłem ledwo rękę na swoje oczy, żeby je przetrzeć.
- O CHOLERA! - Usłyszałem wrzask.
Czy w niebie pozwalają sobie na takie odzywki? Coś mi się nie wydaje.. Coś mi tu śmierdzi.
W tym momencie zabolał mnie nos i wszystkie części ciała. Poczułem, że mam coś w swoim nosie. Wyrwałem jakąś rurkę. Plecy bolały mnie miłosiernie, ale pomimo bólu, podniosłem się. Potknąłem się o jakieś kable. Cały byłem w przeróżnych kabelkach. Złapałem za drzwi.
W tej chwili zrobiło mi się tak spadło, że nie miałem siły oprzeć się na klamce od drzwi i upadłem na zimne podłoże. zacząłem mieć drgawki. Ktoś mnie podniósł i z powrotem położył na jakąś deskę.
Po pewnym czasie poczułem się lepiej i o dziwo coś widziałem.
Nie. To niemożliwe. Nie. To wykluczone. Protestuję!
Czułem się trochę dziwacznie oraz obserwowany. Spojrzałem w bok. Zacząłem wrzeszczeć.
Oni podeszli do mnie i zaczęli mnie trzymać. Próbowałem się jakoś od nich uwolnić. Jednak oni byli silniejsi ode mnie.
- Odejdźcie stąd! Zostawcie mnie! - Krzyczałem w niebo głosy.
Powoli traciłem siły. Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem kim oni wszyscy są. Nie wiem co oni chcą ze mną zrobić, ale jak na razie nie wygląda to dobrze. A co jeśli to te cienie?
- Oddajcie mi Bradzia!! Natychmiast! Anabelle Zniszczę Cię!
Nagle mnie puścili, a ja ponownie wylądowałem na zimnej powierzchni. To były białe kafelki.
- Zostawcie go. - Usłyszałem znajomy mi niski głos.
Wstałem ociężale i spojrzałem mu w twarz. To był McCurdy. Wystraszyłem się i cofnąłem o dwa kroki.
- Witamy wśród żywych Connor. - Uśmiechnął się.
- Nie.. - Rozglądałem się we wszystkie strony szukając drogi do ucieczki.- TO NIE JEST PRAWDA!
Wybiegłem na korytarz. Wbiegłem do pierwszego, lepszego pokoju. Spojrzałem kto jest w środku.
- Connor! - Wstała uradowana Amanda z łóżka.
- NIE! - Trzasnąłem drzwiami za sobą.
Spojrzałem na drzwi obok. Miały numer 678. Ze łzami na policzkach nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem drzwi. Zamknąłem je po cichu za sobą i łkając osunąłem się na podłogę.
Jakim cholernym prawem nadal tutaj jestem?! Chciałem już raz na zawsze opuścić to miejsce!
Usiadłem na łóżku Bradleya. Spadła poduszka. Kopnąłem ją z całej siły. Okazało się, że walnąłem w coś twardego co znajdowało się pod łóżkiem. Odruchowo złapałem się za stopę i wiłem się z bólu na podłodze. Wyjąłem tą rzecz spod łóżka. To była moja gitara. Ona przez tyle czasu tutaj była... Wytarłem ją z kurzu i pociągnąłem za dwie struny. Skrzywiłem się na sam dźwięk. Gitara była roztrojona. Położyłem instrument na łóżku jak i poduszkę, którą wcześniej skopałem. Nastroiłem sprzęt i próbowałem coś zagrać z pamięci. Drzwi nagle otworzyły się. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Zdziwił się na mój widok identycznie jak ja na jego.
- Czego tutaj szukasz? - Zapytałem patrząc srogo na blondyna.
- Można powiedzieć, że tu mieszkam.. - Był zmieszany.
- Nie.. - Pokiwałem głową.
- No jak nie, od trzech miesięcy tu siedze więc chyba wiem lepiej.
- JA TU SIEDZE DŁUŻEJ NIŻ TY. - Przygniotłem go to ściany ściskając za gardło.
- Okej okej.. niech Ci będzie.. teraz mnie puść. - Próbował jakoś mnie odepchnąć.
- Connor nie!
Podbiegła do mnie Amanda i zaczęła szarpać moje ręce. Odruchowo moja dłoń uderzyła ją w policzek.
Dziewczyna upadła na podłogę łapiąc się za czerwoną twarz. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Stary, teraz to przegiąłeś.. - Spojrzał na mnie wrogo James.
Spojrzałem na swoje dłonie i na ich trójkę. Nie wiedziałem co się właściwie przed chwilą stało.

niedziela, 12 czerwca 2016

Rozdział 17 Popiół

Przytulony do mojego loczka, rozglądałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy. Było niesamowicie cicho. Niepokoiło mnie to. Dostałem gęsiej skórki. Bradley popatrzył n mnie zdezorientowany.
- Co jest?
Czułem się obserwowany. Miałem wrażenie, że te cienie są blisko. Złapałem chłopaka za rękę i ciągnąłem go w stronę wyjścia.
Tyle, że jeszcze fajniej by było, gdyby te wyjście istniało. Nie wiedziałem co zrobić, aby się stąd wydostać.
Ziemia zaczęła się trząść. Wystraszyłem się i objąłem Brada jak najmocniej. Tym razem nie pozwolę, żeby gdzieś zniknął. Poczułem nagle jak ktoś go ciągnie z drugiej strony. Spojrzałem na tą osobę.
- Anabele? Zostaw go! Słyszysz? Puść go! - Krzyczałem.
Ugryzła mnie w rękę. Automatycznie puściłem bruneta. Upadł na podłogę.
Dziewczyna usiadła na nim i zaczęła go podduszać.
- Co ty robisz?! - Rzuciłem się na nią.
Ta jednak odepchnęła mnie z wielką siłą przy czym wylądowałem na plecach.
- On nie zasługuje na to, żeby z tobą być!
- Przestań! - Wstałem obolały.
zakrwawiona dziewczyna wyciągnęła swoje ręce nad loczkiem. Ten zaczął się zwijać z bólu.
Czułem jak się cały w sobie gotuję. Podbiegłem do nich i pociągnąłem za jej włosy. Zaczęła piszczeć i mnie bić.
- Nie przeszkadzaj mi.- Wycedziła przez zęby.
Podszedłem do chłopaka. Próbowałem mu pomóc wstać, jednak ten nie czuł swoich kończyn. Ma zanik mięśni.
- Bradley, musisz wstać. - Ciągnąłem go ze wszystkich sił.
- Kocham Cię.. - Posłał mi spojrzenie wypełnione cierpieniem.
Byłem załamany. W tym momencie był cały w płomieniach.
Spanikowałem. Zacząłem się dusić. Po moich policzkach spływały łzy, a jego krzyki sprawiały, że moja głowa pulsowała, a na jego widok serce kruszyło się w drobny mak.
To mnie niszczyło. Jego cierpienie było najgorszą rzeczą jaką mogło mnie spotkać. Dławiłem się swoimi własnymi łzami. Nie potrafiłem nic zrobić by go jakoś uratować.
- WSZYSTKO JUŻ BYŁO TAKIE WSPANIAŁE!! - Walnąłem ją z całej siły.
- Zasłużył sobie. - Odpowiedziała bez żadnego sumienia.
Nie potrafiłem wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Uklęknąłem. Przede mną znajdował się popiół. Złapałem się za głowę i zacząłem się kiwać w przód i tył. Nie potrafiłem się opanować.
Schowałem twarz w dłonie i upadłem.
- No już. Nie płacz skarbie. Jestem tutaj. - Rozległ się głos.
- Bradziu? - Zerwałem się na równe nogi i zacząłem się rozglądać.
Wszystko było takie rozmazane. Nagle znajdowałem się w swoim pokoju. Byłem przytulony do loczka.
Głaskał mnie bo głowie powtarzając, że jest już wszystko w porządku, że to tylko sen.
Ponownie miałem rozmazany obraz. Tym razem leżałem w ciemnościach i w innym łóżku.
- Oh Con...
- Naprawdę... serce mi się kroi na samą myśl, że się okaleczasz.
- Connor.. nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie.- Nawet tego nie zaczynaj.
- To ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie.
- No dobrze. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze idealnie pasujące do siebie dłonie, które były splecione.
- Obiecuję. - Przytulił mnie bardzo mocno.
Co jest do cholery? Przecież już to było. O co chodzi? Co się dzieje?
Ponownie przytrafiło się tym razem. Lecz tym razem znajdowałem się na dworze.
Darłem się w niebo wzięcie na jakiejś łące przy rzeczce. Miałem przeczucie, że zaraz się do niej rzucę. Byłem wściekły jak i zrozpaczony. Gdy wreszcie opuściłem to miejsce, szedłem w nieznanym mi kierunku przeklinając przy tym cały ten okropny świat. Nagle ujrzałem dwa blisko siebie światła i usłyszałem dźwięk klaksonu. Jedyne co poczułem, to ogromny ból rozprzestrzeniający się po całym moim ciele.
Przed moimi oczami ukazywały się kawałki pisma na papierze.
Kochany Connorku, chciałbym Cie przerosić, Nie mogłem dłużej, To Ty nadałeś kolory, Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.., coś się zmieniło, Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz?, Przepraszam, że tak wyszło.