Jestem zagubionym chłopcem.
Jestem zagubiony w tym dziwnym miejscu.
W tym przerażającym miejscu.
Nie wiem jak się stąd wydostać.
To zbyt trudne robić wszystko samemu.
Skarbie, gdzie jesteś?
Daj mi jakiś znak.. Proszę
Ponownie znalazłem się zamknięty w tym samym pomieszczeniu co wcześniej. To nie logiczne..
- To wszystko przez Ciebie! Przez Ciebie! Gdybym Cię nie miał, Bradley byłby teraz obok mnie! - Rzucałem i kopałem księgę ze złości.
Ku mojemu zaskoczeniu, na okładce ukazał się napis "Przestań!". Zacząłem krzyczeć z rozpaczy. Walnąłem pięścią w ścianę. Wtem jedna z cegieł upadła mi na stopę. Wydarłem się z bólu i złapałem się za nogę. Coś się zaczęło rozsypywać i wydobyły się opary. Odkaszlnąłem kilka razy. Przede mną widniała dziura w ścianie a na podłodze porozwalane cegły. Przeszedłem przez nią. Dłużył się korytarz. Nie wiedziałem czy dobrze zrobię, jeżeli tam pójdę, ale to chyba jedyne wyjście. Wróciłem się tylko po zakurzoną książkę i poszedłem wzdłuż ciemności. Nie powinienem chodzić sam po ciemku. Nie czuję się tutaj bezpiecznie odkąd przekroczyłem próg drzwi. Słyszałem za sobą jakieś szelesty. Od razu dostałem gęsiej skórki i przyspieszyłem swoje tępo. Nagle przywaliłem w coś twardego i dużego. Upadłem. Nie widziałem nic. W tym momencie włączyło się światło, które oświecało napis na ścianie "Odejdź"
- Z miłą chęcią, ale z Bradem. - Odpowiedziałem.
Odwróciłem głowę. Już wiedziałem w co przyrżnąłem. To były jakieś metalowe drzwi. Podszedłem do nich i pociągnąłem. Wszedłem do wnętrza jakiegoś pomieszczenia. Była zaparowana szyba na całej powierzchni ściany. Okalającymi ruchami dłoni wytarłem część i spojrzałem. W tej chwili niespodziewanie ujrzałem przed swoimi oczami, oczy tego samego cienia, który jakiś czas temu mnie kąsał. Przeraziłem się i zrobiłem w tył zwrot. Upadłem pod biurko i skuliłem się z nadzieją, że mnie nie znajdzie. Zaciągnąłem się inhalatorem. Raz nie wystarczał na mój stres. Skrzypnięcie. Położyłem dłoń na swoich ustach by nie wydać najcichszego dźwięku. Podłoga dosłownie pękała i gniła. Powoli kierowała się w moją stronę. Ten cień idzie w moją stronę. To koniec. Nie wytrwam kolejnej takiej bliskości z tym cieniem. Omal nie zapomniałem kim jestem i co tu robię. A właśnie.. Co ja tu właściwie robię w tym popieprzonym miejscu? Tuliłem się do ściany, by tylko mnie nie wyczuł. Skrzypnięcie. Trzask. Wyszedł tymi stalowymi drzwiami. Jestem uratowany! Jak na tę chwilę... Ostrożnie wyszedłem spod biurka i wstałem. Skierowałem się w stronę drugiego wyjścia. Wychyliłem powoli głowę zza ściany. Pusto. Zrobiłem krok w przód. Zamarłem. Na środku podłogi leżał brunet. Nie zważając na nic pobiegłem szybko do loczka i potrząsałem nim. Chłopak odkaszlnął, spojrzał w moje oczy i uśmiechnął się szeroko.
- Connor...
- Bradley! Ty żyjesz! Tak się martwiłem! Chodź, musimy stąd wyjść. - Próbowałem go podnieść.
- Nie mam sił.. - Ledwo pomogłem mu usiąść.
Jesteśmy tylko my, po części ciemność i cisza. Dziwna cisza. Taka ciesząca. Kiedy nie ma przy mnie loczka, dzieją się przeróżne, straszne rzeczy.. Dlaczego tak się dzieje?
Jaki jest tego wniosek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz