sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 11

- Wiesz, ty to jednak jakiś pechowy jesteś. - Ujrzałem nad swoją głową chłopca, który bacznie mi się przyglądał.
Miał blond włosy, brązowe oczy oraz bladą cerę. Widziałem już go kilka razy. Zawsze kiedy wyląduję w szpitalu, on się tam zjawia. Patrzył na mnie dziwnie. Miałem wrażenie, że leżę we mgle. Nic nie było wyraźne. Złapałem się za głowę. Przedstawiliśmy się. Blondyn ma na imię Tim. Jednak każdy mówił na niego Mały Tim ze względu na wzrost. I tak już zostało. Po wypadku samochodowym, musiałem zostać na obserwacjach oraz rehabilitacjach. Nie byłem ani razu w domu przez cały ten czas, a rodzice nie mieli czasu aby mnie odwiedzać.
- Kiedyś umrzemy wszyscy bez wyjątku. - Snuł się za mną jakiś chłopak przez korytarz.
Poznałem głos swojego przyjaciela.
- Tim, co cię wzięło... - Odwróciłem się.
Jego wygląd sprawił, że cofnąłem się o kilka kroków. Wyglądał jak trup. Jego blada cera była jeszcze bladsza niż dotychczas. Nawet stawała się sina w niektórych miejscach. Wyglądał na bardzo zmęczonego i ledwo utrzymywał się na nogach. Gdyby nie moja szybka reakcja, Tim upadłby na zimne kafelki. Zaczął nagle krwawić.  Nie wiedziałem co się dzieje i co robić. Zacząłem wołać o pomoc z całych sił. Od razu przybiegł personel i zabrali chłopaka. Mnie wzięła pielęgniarka i zaprowadziła do sali. Robiło mi się gorąco. Spojrzałem na swoje dłonie. Miałem je całe we krwi. Miałem mroczki przed oczami. Chwilę potem uciął mi się film.
Obudziłem się następnego dnia. Tym razem nie było nade mną przyjaciela. Był lekarz z dwiema siostrami. Skinęli głowami i odeszli. Usiadłem na łóżku. Na krześle pod ścianą siedziała pewna kobieta z chusteczką higieniczną, w którą wydmuchała nos. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i podeszła do mnie.
- Jestem mamą Tima. Jak się czujesz?
- Dlaczego nie może mnie odwiedzić? - Zignorowałem jej pytanie.
- Ponieważ... zatrzymało go coś. - Oburzyłem się.
- Co? Co niby go zatrzymało? - Zmarszczyłem brwi.
Kobieta nie odpowiedziała na nurtujące mnie pytanie. Położyła tylko delikatnie dłoń na mojej klatce piersiowej w miejscu serca. Z jej oczu kolejno spływały łzy. Odeszła.
Dopiero teraz zrozumiałem. Ogarnęła mnie rozpacz. Zrozumiałem co mu się stało.
Gwałtownie wstałem z łóżka. Dławiłem się własnymi łzami. Zacząłem się dusić. Potknąłem się. Chwyciłem się za półkę, lecz ona spadła wraz ze mną. Na huk zbiegli się lekarze. Długo mnie zbierali i uspokajali. W pewnym momencie jeden z nich nie wytrzymał i wstrzyknął mi coś do uda. To był lek znieczulający. Po chwili byłem jak roślina. Chciałem się miotać, chciałem uciec. Jednak nie potrafiłem podnieść żadnej kończyny. Jedyne mogłem ryczeć i słuchać co do mnie mówią.
- Będziesz mógł powrócić do normalności za jakąś godzinę.
Do normalności...
- A teraz słuchaj mnie uważnie Connor. - Złapał mnie za ramiona.
Nie czułem czy złapał mnie mocno, czy lekko. Mogli mnie kroić tasakiem. Nic nie mogłem czuć.
- Twój przyjaciel umarł. Umarł na białaczkę.
Nie chciałem go słuchać. Tim nadal żyje. Przecież zaraz do mnie przyjdzie. Zawsze przychodzi mnie odwiedzać.
Moja psychika legła w gruzach. 

Brak komentarzy: