niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział 5 Podróż

Podbiegliśmy do samochodu. Tak jak myślałem. Należał on do doktora McCurdiego. Usiadłem z przodu na miejscu pasażera, a Brad - z tyłu. Oparłem się o skórzane siedzenie i czekałem aż samochód ruszy. Poczułem, że ktoś na mnie się patrzy. Otworzyłem oczy i odkręciłem się do Brada. Chłopak patrzył się dziwnie na mnie a to na lekarza.
- O co chodzi? - zapytałem.
- Czemu on nam nie karze wysiąść? Nie widzi nas czy jak?
- No nie widzi.
- Ale czemu?
- Bo jesteśmy duchami Brad.
- Mhm.. ZARAZ CO?! Jakimi duchami?
- Normalnymi. - przysunął się bliżej mnie. Zrozumiałem, że muszę mu wytłumaczyć czemu nimi jesteśmy. - Otóż jesteśmy duchami, ponieważ Ty popełniłeś samobójstwo...
- Co zrobiłem!? - przerwał mi. - Dlaczego?
- Cóż daj mi dokończyć... wracając, a ja nim jestem, ponieważ padłem pod samochód kiedy wracałem z pogrzebu.
- No, ale czemu ja się zabiłem?
- Dowiesz się w swoim czasie Brad. - odwróciłem się i z powrotem oparłem się o fotel.
Słyszałem jak loczek mruczy coś pod nosem. Zamknąłem oczy. Zacząłem się zastanawiać czy dobrze zrobiłem, że mu nic nie powiedziałem. W sumie miał prawo wiedzieć co się z nim wcześniej działo. Odwróciłem się i spojrzałem na chłopaka. Trzymał głowę opartą na dłoni i wyglądał przez okno. Chyba o czymś myślał. Spojrzałem przez przednią szybę z zdałem sobie sprawę, że niedługo dojedziemy tam gdzie się poznaliśmy. Do prychiatryka. Ponownie spojrzałem na Brada. Stwierdziłem, że muszę mu powiedzieć.
-Brad.. - spojrzał na mnie. - To.. to tutaj się poznaliśmy.
- Co? Nie gadaj głupot. Niby czemu miałbym być w psychiatryku?
- Odwiń rękawy...
- Po co?
- Po prostu je odwiń i spójrz na ręce..
Przysunął się do mnie i zaczął powoli podwijać rękawy koszuli. Powoli widać było blizny oraz rany. Rękaw był już przy łokciu. Złapałem go za prawą rękę żeby przestał podwijać. Spojrzałem na niego. Miał w oczach łzy.
- Jestem głupi. - stwierdził.
- Nie, nie jesteś.
- Jestem, nie zaprzeczaj. Gdybym nie był nie robiłbym tego. - spojrzał mi w oczy. - Wiesz może czemu to robiłem?
- Niestety nie powiedziałeś mi tego, ale wiem, że byłeś w psychiatryku długo. Bardzo długo. Dłużej niż każdy z takimi problemami niż Ty.. - ostatnie zdanie powiedziałem szeptem.
- Czyli jak długo tam byłem?
- Chyba 2 czy 3 lata, nie jestem pewien..
- Aż tyle? A co z moją rodziną?
- Nie wiem Brad, na prawdę. Nic o nich mi nigdy nie wspominałeś.
- Nie odwiedzali mnie?
- Od kiedy ja tam byłem nikt Ciebie nie odwiedzał... W sumie mnie też nie. - uśmiechnąłem się do niego.
Nagle samochód się zatrzymał. Rozpoznałem parking niedaleko zakładu psychiatrycznego. McCurdy wyjął kluczyki ze stacyjki i otworzył drzwi. Wyszedł z samochodu. Nim zamknął drzwi od strony kierowcy, my już byliśmy przy drzwiach wejściowych. Chwyciłem za klamkę.
- Wiesz dokładnie o co może chodzić w tej zagadce?
- Ta.. chyba tak.. - otworzyłem drzwi i weszliśmy do środka.

Brak komentarzy: