Czułem się wyjątkowo obolały i osłabiony. Cały obraz miałem zamazany. Wszędzie były jasne światła, że nie mogłem nic widzieć. Podniosłem ledwo rękę na swoje oczy, żeby je przetrzeć.
- O CHOLERA! - Usłyszałem wrzask.
Czy w niebie pozwalają sobie na takie odzywki? Coś mi się nie wydaje.. Coś mi tu śmierdzi.
W tym momencie zabolał mnie nos i wszystkie części ciała. Poczułem, że mam coś w swoim nosie. Wyrwałem jakąś rurkę. Plecy bolały mnie miłosiernie, ale pomimo bólu, podniosłem się. Potknąłem się o jakieś kable. Cały byłem w przeróżnych kabelkach. Złapałem za drzwi.
W tej chwili zrobiło mi się tak spadło, że nie miałem siły oprzeć się na klamce od drzwi i upadłem na zimne podłoże. zacząłem mieć drgawki. Ktoś mnie podniósł i z powrotem położył na jakąś deskę.
Po pewnym czasie poczułem się lepiej i o dziwo coś widziałem.
Nie. To niemożliwe. Nie. To wykluczone. Protestuję!
Czułem się trochę dziwacznie oraz obserwowany. Spojrzałem w bok. Zacząłem wrzeszczeć.
Oni podeszli do mnie i zaczęli mnie trzymać. Próbowałem się jakoś od nich uwolnić. Jednak oni byli silniejsi ode mnie.
- Odejdźcie stąd! Zostawcie mnie! - Krzyczałem w niebo głosy.
Powoli traciłem siły. Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem kim oni wszyscy są. Nie wiem co oni chcą ze mną zrobić, ale jak na razie nie wygląda to dobrze. A co jeśli to te cienie?
- Oddajcie mi Bradzia!! Natychmiast! Anabelle Zniszczę Cię!
Nagle mnie puścili, a ja ponownie wylądowałem na zimnej powierzchni. To były białe kafelki.
- Zostawcie go. - Usłyszałem znajomy mi niski głos.
Wstałem ociężale i spojrzałem mu w twarz. To był McCurdy. Wystraszyłem się i cofnąłem o dwa kroki.
- Witamy wśród żywych Connor. - Uśmiechnął się.
- Nie.. - Rozglądałem się we wszystkie strony szukając drogi do ucieczki.- TO NIE JEST PRAWDA!
Wybiegłem na korytarz. Wbiegłem do pierwszego, lepszego pokoju. Spojrzałem kto jest w środku.
- Connor! - Wstała uradowana Amanda z łóżka.
- NIE! - Trzasnąłem drzwiami za sobą.
Spojrzałem na drzwi obok. Miały numer 678. Ze łzami na policzkach nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem drzwi. Zamknąłem je po cichu za sobą i łkając osunąłem się na podłogę.
Jakim cholernym prawem nadal tutaj jestem?! Chciałem już raz na zawsze opuścić to miejsce!
Usiadłem na łóżku Bradleya. Spadła poduszka. Kopnąłem ją z całej siły. Okazało się, że walnąłem w coś twardego co znajdowało się pod łóżkiem. Odruchowo złapałem się za stopę i wiłem się z bólu na podłodze. Wyjąłem tą rzecz spod łóżka. To była moja gitara. Ona przez tyle czasu tutaj była... Wytarłem ją z kurzu i pociągnąłem za dwie struny. Skrzywiłem się na sam dźwięk. Gitara była roztrojona. Położyłem instrument na łóżku jak i poduszkę, którą wcześniej skopałem. Nastroiłem sprzęt i próbowałem coś zagrać z pamięci. Drzwi nagle otworzyły się. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Zdziwił się na mój widok identycznie jak ja na jego.
- Czego tutaj szukasz? - Zapytałem patrząc srogo na blondyna.
- Można powiedzieć, że tu mieszkam.. - Był zmieszany.
- Nie.. - Pokiwałem głową.
- No jak nie, od trzech miesięcy tu siedze więc chyba wiem lepiej.
- JA TU SIEDZE DŁUŻEJ NIŻ TY. - Przygniotłem go to ściany ściskając za gardło.
- Okej okej.. niech Ci będzie.. teraz mnie puść. - Próbował jakoś mnie odepchnąć.
- Connor nie!
Podbiegła do mnie Amanda i zaczęła szarpać moje ręce. Odruchowo moja dłoń uderzyła ją w policzek.
Dziewczyna upadła na podłogę łapiąc się za czerwoną twarz. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Stary, teraz to przegiąłeś.. - Spojrzał na mnie wrogo James.
Spojrzałem na swoje dłonie i na ich trójkę. Nie wiedziałem co się właściwie przed chwilą stało.
czwartek, 30 czerwca 2016
niedziela, 12 czerwca 2016
Rozdział 17 Popiół
Przytulony do mojego loczka, rozglądałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy. Było niesamowicie cicho. Niepokoiło mnie to. Dostałem gęsiej skórki. Bradley popatrzył n mnie zdezorientowany.
- Co jest?
Czułem się obserwowany. Miałem wrażenie, że te cienie są blisko. Złapałem chłopaka za rękę i ciągnąłem go w stronę wyjścia.
Tyle, że jeszcze fajniej by było, gdyby te wyjście istniało. Nie wiedziałem co zrobić, aby się stąd wydostać.
Ziemia zaczęła się trząść. Wystraszyłem się i objąłem Brada jak najmocniej. Tym razem nie pozwolę, żeby gdzieś zniknął. Poczułem nagle jak ktoś go ciągnie z drugiej strony. Spojrzałem na tą osobę.
- Anabele? Zostaw go! Słyszysz? Puść go! - Krzyczałem.
Ugryzła mnie w rękę. Automatycznie puściłem bruneta. Upadł na podłogę.
Dziewczyna usiadła na nim i zaczęła go podduszać.
- Co ty robisz?! - Rzuciłem się na nią.
Ta jednak odepchnęła mnie z wielką siłą przy czym wylądowałem na plecach.
- On nie zasługuje na to, żeby z tobą być!
- Przestań! - Wstałem obolały.
zakrwawiona dziewczyna wyciągnęła swoje ręce nad loczkiem. Ten zaczął się zwijać z bólu.
Czułem jak się cały w sobie gotuję. Podbiegłem do nich i pociągnąłem za jej włosy. Zaczęła piszczeć i mnie bić.
- Nie przeszkadzaj mi.- Wycedziła przez zęby.
Podszedłem do chłopaka. Próbowałem mu pomóc wstać, jednak ten nie czuł swoich kończyn. Ma zanik mięśni.
- Bradley, musisz wstać. - Ciągnąłem go ze wszystkich sił.
- Kocham Cię.. - Posłał mi spojrzenie wypełnione cierpieniem.
Byłem załamany. W tym momencie był cały w płomieniach.
Spanikowałem. Zacząłem się dusić. Po moich policzkach spływały łzy, a jego krzyki sprawiały, że moja głowa pulsowała, a na jego widok serce kruszyło się w drobny mak.
To mnie niszczyło. Jego cierpienie było najgorszą rzeczą jaką mogło mnie spotkać. Dławiłem się swoimi własnymi łzami. Nie potrafiłem nic zrobić by go jakoś uratować.
- WSZYSTKO JUŻ BYŁO TAKIE WSPANIAŁE!! - Walnąłem ją z całej siły.
- Zasłużył sobie. - Odpowiedziała bez żadnego sumienia.
Nie potrafiłem wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Uklęknąłem. Przede mną znajdował się popiół. Złapałem się za głowę i zacząłem się kiwać w przód i tył. Nie potrafiłem się opanować.
Schowałem twarz w dłonie i upadłem.
- No już. Nie płacz skarbie. Jestem tutaj. - Rozległ się głos.
- Bradziu? - Zerwałem się na równe nogi i zacząłem się rozglądać.
Wszystko było takie rozmazane. Nagle znajdowałem się w swoim pokoju. Byłem przytulony do loczka.
Głaskał mnie bo głowie powtarzając, że jest już wszystko w porządku, że to tylko sen.
Ponownie miałem rozmazany obraz. Tym razem leżałem w ciemnościach i w innym łóżku.
- Oh Con...
- Naprawdę... serce mi się kroi na samą myśl, że się okaleczasz.
- Connor.. nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie.- Nawet tego nie zaczynaj.
- To ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie.
- No dobrze. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze idealnie pasujące do siebie dłonie, które były splecione.
- Obiecuję. - Przytulił mnie bardzo mocno.
Co jest do cholery? Przecież już to było. O co chodzi? Co się dzieje?
Ponownie przytrafiło się tym razem. Lecz tym razem znajdowałem się na dworze.
Darłem się w niebo wzięcie na jakiejś łące przy rzeczce. Miałem przeczucie, że zaraz się do niej rzucę. Byłem wściekły jak i zrozpaczony. Gdy wreszcie opuściłem to miejsce, szedłem w nieznanym mi kierunku przeklinając przy tym cały ten okropny świat. Nagle ujrzałem dwa blisko siebie światła i usłyszałem dźwięk klaksonu. Jedyne co poczułem, to ogromny ból rozprzestrzeniający się po całym moim ciele.
Przed moimi oczami ukazywały się kawałki pisma na papierze.
Kochany Connorku, chciałbym Cie przerosić, Nie mogłem dłużej, To Ty nadałeś kolory, Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.., coś się zmieniło, Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz?, Przepraszam, że tak wyszło.
- Co jest?
Czułem się obserwowany. Miałem wrażenie, że te cienie są blisko. Złapałem chłopaka za rękę i ciągnąłem go w stronę wyjścia.
Tyle, że jeszcze fajniej by było, gdyby te wyjście istniało. Nie wiedziałem co zrobić, aby się stąd wydostać.
Ziemia zaczęła się trząść. Wystraszyłem się i objąłem Brada jak najmocniej. Tym razem nie pozwolę, żeby gdzieś zniknął. Poczułem nagle jak ktoś go ciągnie z drugiej strony. Spojrzałem na tą osobę.
- Anabele? Zostaw go! Słyszysz? Puść go! - Krzyczałem.
Ugryzła mnie w rękę. Automatycznie puściłem bruneta. Upadł na podłogę.
Dziewczyna usiadła na nim i zaczęła go podduszać.
- Co ty robisz?! - Rzuciłem się na nią.
Ta jednak odepchnęła mnie z wielką siłą przy czym wylądowałem na plecach.
- On nie zasługuje na to, żeby z tobą być!
- Przestań! - Wstałem obolały.
zakrwawiona dziewczyna wyciągnęła swoje ręce nad loczkiem. Ten zaczął się zwijać z bólu.
Czułem jak się cały w sobie gotuję. Podbiegłem do nich i pociągnąłem za jej włosy. Zaczęła piszczeć i mnie bić.
- Nie przeszkadzaj mi.- Wycedziła przez zęby.
Podszedłem do chłopaka. Próbowałem mu pomóc wstać, jednak ten nie czuł swoich kończyn. Ma zanik mięśni.
- Bradley, musisz wstać. - Ciągnąłem go ze wszystkich sił.
- Kocham Cię.. - Posłał mi spojrzenie wypełnione cierpieniem.
Byłem załamany. W tym momencie był cały w płomieniach.
Spanikowałem. Zacząłem się dusić. Po moich policzkach spływały łzy, a jego krzyki sprawiały, że moja głowa pulsowała, a na jego widok serce kruszyło się w drobny mak.
To mnie niszczyło. Jego cierpienie było najgorszą rzeczą jaką mogło mnie spotkać. Dławiłem się swoimi własnymi łzami. Nie potrafiłem nic zrobić by go jakoś uratować.
- WSZYSTKO JUŻ BYŁO TAKIE WSPANIAŁE!! - Walnąłem ją z całej siły.
- Zasłużył sobie. - Odpowiedziała bez żadnego sumienia.
Nie potrafiłem wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Uklęknąłem. Przede mną znajdował się popiół. Złapałem się za głowę i zacząłem się kiwać w przód i tył. Nie potrafiłem się opanować.
Schowałem twarz w dłonie i upadłem.
- No już. Nie płacz skarbie. Jestem tutaj. - Rozległ się głos.
- Bradziu? - Zerwałem się na równe nogi i zacząłem się rozglądać.
Wszystko było takie rozmazane. Nagle znajdowałem się w swoim pokoju. Byłem przytulony do loczka.
Głaskał mnie bo głowie powtarzając, że jest już wszystko w porządku, że to tylko sen.
Ponownie miałem rozmazany obraz. Tym razem leżałem w ciemnościach i w innym łóżku.
- Oh Con...
- Naprawdę... serce mi się kroi na samą myśl, że się okaleczasz.
- Connor.. nie płacz proszę. - Pocałował mnie w czoło.
- Nie potrafię inaczej.. Co byś zrobił, gdybym to ja tak zrobił?
- Dostałbyś po łapach ode mnie. - Powiedział poważnie.- Nawet tego nie zaczynaj.
- To ty zaprzestań.
- To nie takie łatwe.. - Podrapał się po czuprynie.
- Jeżeli bardzo tego pragniesz i masz powód by tego nie robić, to jest łatwe.
- Łatwo ci mówić..
- Brad.. - Splotłem nasze palce. - Postaraj się to zrobić, dla mnie.
- No dobrze. Postaram się.
- Obiecujesz? - Spojrzałem na nasze idealnie pasujące do siebie dłonie, które były splecione.
- Obiecuję. - Przytulił mnie bardzo mocno.
Co jest do cholery? Przecież już to było. O co chodzi? Co się dzieje?
Ponownie przytrafiło się tym razem. Lecz tym razem znajdowałem się na dworze.
Darłem się w niebo wzięcie na jakiejś łące przy rzeczce. Miałem przeczucie, że zaraz się do niej rzucę. Byłem wściekły jak i zrozpaczony. Gdy wreszcie opuściłem to miejsce, szedłem w nieznanym mi kierunku przeklinając przy tym cały ten okropny świat. Nagle ujrzałem dwa blisko siebie światła i usłyszałem dźwięk klaksonu. Jedyne co poczułem, to ogromny ból rozprzestrzeniający się po całym moim ciele.
Przed moimi oczami ukazywały się kawałki pisma na papierze.
Kochany Connorku, chciałbym Cie przerosić, Nie mogłem dłużej, To Ty nadałeś kolory, Miałem bardzo dużo na swoim sumieniu.., coś się zmieniło, Kocham Cię całym swoim serduszkiem, wiesz?, Przepraszam, że tak wyszło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)