Wbiegłem do kopuły. Dostałem napadu. Obmacywałem każdy centymetr swojego ciała w poszukiwaniu mojego inhalatora. Nie czułem go nigdzie. Spanikowany próbowałem łapać oddech i szukać wzrokiem przedmiotu. Znalazłem go na blacie. Szybkim ruchem ręki zgarnąłem go i wziąłem parę wdechów.
Próbowałem się jakoś uspokoić. Zacząłem masować swoje skronie i ponownie wybrałem datę i godzinę. Wyszedłem z komory.
- C-Connor? - Wyjąkał.
- Bradley skarbie nie rób tego. - Uściskałem go jak najmocniej wytrącając przy tym jego żyletkę z ręki.
Rozpłakałem się jak małe dziecko. Nie wierzyłem, że to kiedykolwiek się uda. Nie wierzyłem, że tak szybko. Gładziłem jego włosy i mokre policzki. Pocałowałem go w czoło.
- Już dobrze. Spokojnie Bradziu. Już dobrze. Nie musisz tego robić.
Ściskał mnie tak mocno, że prawie nie mogłem oddychać.
Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Bradley wstał i złapał mnie za ramię. Posłał mi swój delikatny uśmiech.
- Już okej. Spokojnie.. Usiądź, a ja za chwilę tu wrócę.
Chłopak posadził mnie na łóżku i wyszedł z pokoju. Nie wiedziałem co mam robić przez ten czas.
Długo nie wracał.. Martwiłem się, że znowu coś się stanie. Pociągnąłem z klamkę i wyszedłem z pomieszczenia. W tym samym momencie zobaczyłem jak Amanda zaczyna bić Brada po głowie.
- Co ty robisz?! - Zatrzymałem ją przed ponownym uderzeniem.
Obydwoje ryczeli. Próbowałem ich jakoś ogarnąć.
- Nienawidzę cię. Jesteś nikim! Obiecałeś palancie! - Uciekła do swojego pokoju.
Przyszła pielęgniarka. Pytała czy coś się stało i po chwili kazała nam wracać do łóżek.
Wróciliśmy do pokoju. Z racji na godzinę, postanowiłem już się powoli kłaść. Ściągnąłem swoją koszulkę. Zorientowałem się, że Brad mi się cały czas przygląda. Podszedłem do niego.
- Co się stało?
- Nic.. - Objął mnie i złożył dwa pocałunki na moim brzuchu.
Dostałem gęsiej skórki i mruknąłem cicho. Pogłaskałem go po głowie i zdjąłem jego bluzkę. Położyłem się na niego całując przy tym jego szyję. Loczek przycisnął mnie do siebie i jęknął cicho.
Przegryzłem lekko jego skórę.
- Con... - Mruknął.
Składałem pocałunki na jego klacie i schodziłem coraz to niżej. Błyskawicznie rozpiąłem jego spodnie i ściągnąłem je z niego. Brunet spojrzał tylko na mnie swoimi czekoladowymi oczami i wyczekiwał na kolejny mój ruch. Posłałem mu tylko uśmiech.
- Nie pogrywaj tak ze mną. - Położył głowę z powrotem.
Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
O nie. Tak być nie będzie.
Wstałem szybko i się ubrałem. Kiedy Bradley wrócił, przestraszył się mnie.
- Connor... Zawału dostanę. - Złapał się w miejsce serca.
- Dawaj mi to.
Loczek się zmieszał i udawał, że nie wie o czym mówię.
- Słyszysz? Daj mi te tabletki do jasnej cholery. - Wyciągnąłem dłoń.
Wyciągnął małe pudełeczko z kieszeni i podał mi je do ręki. Zrobił się nagle czerwony ze wstydu.
Przytuliłem się do niego i pocałowałem w nos.
- Już dobrze. Jeżeli cię coś męczy, to mi powiedz. Zawsze ci pomogę.
Nagle ruszył się jak poparzony. Najwidoczniej coś mu się przypomniało, albo wpadł na głupi pomysł.
-Pokazać ci miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał?
Kiwnąłem głową na zgodę. Chwycił mnie za dłoń i wyszliśmy z pokoju.
Rozglądał się z jakieś pięć razy i pociągnął mnie za sobą. Nie mogłem za nim nadążyć, a biegł tak szybko, że po kilku minutach dostałem zadyszki. Ciągnął mnie po jakichś schodach na górę.
Czyli jest wyższe piętro?
Otworzył drzwi. Zawiało chłodnym, ale za to świeżym powietrzem.
- Co ty tu do cholery robisz?! - Zaczęła krzyczeć.
- Amanda? Uspokój się proszę.
- Przestań! Po prostu przestań! Nie dotykaj mnie nawet! - Odepchnęła go.
Loczek się poślizgnął i upadł. Kiedy chciał się podnieść, zrobił kilka kroków do tyłu i ponownie upadł. Znalazł się nagle na krawędzi. Moje serce przyspieszyło swoją pracę. Stresowałem się jak cholera. Nie chciałem tego widzieć.. Nie mogłem.
- Conny... - Był tak samo przerażony jak ja.
Zauważyliśmy wszyscy, że się powoli zsuwa. Zacząłem biec w jego stronę.
Złapałem go za rękę.
- Bradziu, wytrzymasz! Trzymaj się mnie mocno!
- Connor nie mogę.. - Z jego oczu, wyleciały łzy.
- Trzymaj się! Mówię do ciebie!
Puścił uścisk. Myślałem, że zwariuję. Widziałem tylko jak chłopak szybko się ode mnie oddala.
Złapałem się za głowę. Miałem przed oczami obraz, jak nadziewa się o słup.
Myślałem, że rozszarpię tą kobietę. Siedziała skulona na dachu i ryczała.
- Connor, ja nie chciałam... przysięgam... - Wstała gdy podszedłem do niej.
Złapałem ją za włosy i zacząłem ją ciągnąć. Bijąc mnie, próbowała się jakoś bronić..
- To wszystko przez ciebie rozumiesz? - Puściłem ją.
Odwróciłem się do niej plecami. Spojrzałem na swoje ręce.
Nie przypuszczałem, że mógłbym to kiedykolwiek uczynić gołymi rękoma...
-Connor... - Położyła rękę na moim ramieniu.
- Nie dotykaj mnie nawet! - Strąciłem jej dłoń i popchnąłem ją.
Cofnąłem się. Nie chciałem patrzeć jak druga osoba skończy na dole. Uciekłem stamtąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz