Przebudziłem się nagle. Było zbyt cicho i spokojnie. To nie wróży nic dobrego w tym miejscu. Schowałem się. Cień nadchodzi. Chyba czegoś szuka. Albo kogoś. Za nim przyszły trzy inne. Dyszeli na siebie. Chyba w ten sposób się porozumiewają ze sobą. Wszystkie cienie poszły w inne strony. Muszę mieć się na baczności. Wyszedłem z kryjówki. Ostrożnie wyjrzałem zza muru na długi korytarz. Droga wolna. Biegłbym do kolejnego skrętu, lecz przeszkodziła mi w tym klamka od drzwi, którą wyrwałem. Narobiłem przy tym dużo hałasu. Przerażony wziąłem, wsadziłem ją w swoje miejsce i wszedłem do ciemnego pomieszczenia. Zdrowy głos rozsądku karcił mój wyczyn. Zamknąłem oczy i modliłem się, żeby mnie nie dopadły. Nagle na moim nadgarstku poczułem ucisk. Zacząłem wrzeszczeć, ponieważ coś mnie ciągnęło w dół. Spadałem w czarną przestrzeń niczym kiedyś Alicja, która wpadła do dziury do Krainy Czarów i Magii. Dlaczego dałem takie porównanie? Dlaczego ja myślę o takich głupich rzeczach? Przeszywał mnie ogromny ból na plecach. Nieźle o coś przyrżnąłem. Zorientowałem się, że to podłoże. Wstałem powoli. Rozejrzałem się po miejscu. Znałem je. Znałem je całkiem dobrze. A jednak..
- CO TU JEST GRANE DO CHOLERY?! - Krzyknąłem.
Nie potrafiłem pojąć, jakim cudem z piwnicy, w dół, przeniosłem się na drugie piętro. Przeraża mnie wszystko co tutaj się znajduje. Zastanawiam się, co mnie tu ściągnęło. Usłyszałem przeraźliwe krzyki.
Bradley!
Rozpoznam wszędzie te krzyki. Wbiegłem do pokoju. Co jeszcze mi się tutaj przytrafi?! Zadałem sobie to pytanie w myślach na widok zjawy gryzącej jego nogi. Od razu się na nią rzuciłem i zacząłem bić. Ta natomiast mnie odepchnęła. I to z taką siłą, że zamknąłem drzwi, uderzając w nie. Nienawidziłem jej od pierwszej chwili, kiedy ją ujrzałem. Ale krzywdzić Brada, nie pozwolę! Ciągnąłem ją za wilgotne włosy. Znalazłem jej słaby punkt. Jedyne miejsce, gdzie ją boli. Wepchnąłem ją pod podłogę wyrywając jej przy tym kępkę włosów.
- MOJE. WŁOSY - Zaczęła piszczeć i walić w drzwiczki jak opętana.
Podszedłem do chłopaka.
- W samą porę jesteś. Bałem się. Strasznie. - Przytulił się do mnie.
Czułem, że jesteśmy blisko. Zaraz zaraz... czy my nie jesteśmy na miejscu? Czy to nie jest miejsce Bradleya? Jesteśmy w swoim pokoju. Jednak nic się nie dzieje.. Jakie miejsce jest normalne, które czasem jest muzyczno-wokalne? Co za idiota wymyśla takie zagadki?
- Coś się stało? - Zapytał widząc moje zmartwienie.
- Jakie miejsce byś uznał za normalne? - Liczyłem, o jakąkolwiek podpowiedź.
- No nie wiem... normalne to mi się kojarzy z takim miejscem, gdzie każdy chodzi i niczym się nie wyróżnia.
Zamyśliłem się.
- Idioci. Idioci. Idioci - Powtarzała i rechotała.
- Zamilcz, albo pożegnasz się z włosami. - Powiedziałem stanowczo.
Miałem silną potrzebę do łazienki. Nie mogłem pozwolić na to, aby loczek został z nią sam na sam. Wziąłem go ze sobą.
Spokojnym krokiem szliśmy do łazienki. O dziwo czułem się bezpiecznie. Kiedy weszliśmy, całkowicie zapomniałem po co tu przyszedłem. Wszystko zaczęło się trząść.
- No już myślałem, że już nigdy nie znajdziecie tego miejsca.
- To jest to miejsce Brada? Na prawdę? Niby muzyczno-wokalne?
- Daj spokój. Nigdy nie śpiewałeś pod prysznicem, czy co? - Oburzył się Anioł.
Zniknął. I to na tyle?
Nie dowierzałem w to. Ale halo! Connor, znalazłeś miejsce! Odwróciłem się błyskawicznie i spojrzałem na bruneta.
- Bradziu! Jesteśmy na miejscu! - Uradowałem się.
Zacząłem się do niego przytulać i chciałem pocałować, lecz mnie odepchnął.
- Ja się zastanawiam, czy Ciebie też mam unikać.. Jesteś jakiś chory.
Do moich oczu napłynęły łzy. Miała mu wrócić pamięć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz