Czuję się jak wrak
To już nie to samo
Mam ochotę zniknąć.
Mam ochotę zniknąć.
Leżałem na łóżku wtulony w poduszkę, na której kiedyś leżał Brad. Nie zmrużyłem oka zeszłej nocy. Gryzło mnie sumienie. Powinienem przeprosić Amandę. W końcu nic złego przecież nie zrobiła. Leżałem samotnie w pokoju. Jack powiedział, że postara się aby nikogo mi nie wrzucili do pokoju. Otworzyłem szafę. Wszystkie moje ubrania były tak samo ułożone jak kiedyś. Miałem także dodatkowe ubrania. Pozostałości po loczku. Założyłem czarne spodnie i do tego ciemny sweter. Zaciągnąłem się starymi perfumami. Objąłem samego siebie.
Czuję się w środku pusty.. Ile ja bym dał aby cofnąć czas..
Ile bym dał poczochrać jego loków.. Ile bym dał za jeszcze jeden pocałunek..
Poszedłem na stołówkę. Nie miałem żadnego wyrazu twarzy.. Czułem się przezroczysty. Wziąłem talerz i postawiłem go na tackę, którą szurałem po blacie w celu przejścia do drugiego końca aby wziąć zwykłe płatki. Wsypałem je do naczynia i odszedłem. Usiadłem przy stoliku w kącie. Z kieszeni wyciągnąłem kartkę i długopis. Zacząłem coś bazgrać zajadając przy tym suche płatki. Ktoś usiadł obok mnie.
-Jak się trzymasz? - Zapytała.
Odłożyłem długopis. W tym momencie przestałem jeść.
- Amanda przestań. Nie widzisz, jak wygląda? Czekaj.. Czy to nie jest sweter Bradleya?
- James przestań. - Odgoniła go. - Przepraszam, ale wszyscy są smutni tym co się zdarzyło, ale powoli się zebraliśmy w sobie.
Nie potrafiłem jej słuchać. W głowie miałem uśmiechniętego bruneta. W tym momencie nabrały mi się łzy do oczu. Moja głowa opadła na jej ramie. Objąłem ją mocno. Nie potrafiłem się opanować.
- On tak rzadko się uśmiechał. - Ryczałem jak małe dziecko.
Czułem tylko jak mnie przytula i głaszcze po głowie. Próbowała mnie jakoś pocieszać.
- Przepraszam za wczoraj.. - Oderwałem się od niej.
- Jest okej. Nie płacz już. Brad by nie chciał, abyś był smutny. - Wytarła moje łzy.
Zaciągnąłem się inhalatorem. Wróciłem do jedzenia.
- Spałeś w ogóle coś? Co to jest? - Spojrzała na kartkę.
- Praktycznie to nic. - Świetnie Connor wymyśliłeś jedną odpowiedź na dwa pytania.Oddała kartkę, a ja schowałem ją szybko do kieszeni wraz z długopisem.
- Wróciłeś już do normalnych? - Dosiadł się James.
- A czy w tym miejscu jest ktoś normalny? - Zapytałem.
Blondyn zaśmiał się i klepnął mnie w ramię. Amanda i James opowiadali co tu się działo kiedy nie byłem obecny. Mówili jak wiele się zmieniło i jak wielu ludzi próbowało się zabić.
Nie wiedziałem dlaczego ludzie chcieli się masowo zabijać akurat wtedy kiedy mnie i Bradleya zabrakło. Z nikim praktycznie nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo i większość czasu spędzaliśmy razem w pokoju.
Dowiedziałem się również, że leżałem w śpiące z jakieś trzy miesiące.
Czyli... Czyli to wszystko, te wszystkie cienie, Annabelle, Bradley, Jane, cała ta gierka z poszukiwaniem miejsca, to tylko sen? To absurd! To niemożliwe! Przecież wszystko czułem. Każdy dotyk loczka... każdy zapach.. To nie może być prawda!
Wstałem i odszedłem od stołu. Snułem się po korytarzu niczym znudzony duch niemający kogo straszyć.
- Co tak smutny chodzisz? Potrzebujesz czegoś? - Podeszła pielęgniarka.
- Nie mam jak kupić żadnego notesu i dobrego długopisu. Mój się już powoli kończy.
- Rozumiem. Pójdę do doktora, może coś zaradzi. - Odeszła.
To była dziwna rozmowa. Jakbym się zaczął nad sobą użalać, że jestem taki biedny, że nie stać mnie na zwykły notes. a tyle osób wokół mnie potrzebuje większej pomocy.
Usiadłem na jednym z krzeseł na korytarzu. Obok mnie chłopaki rozgrywali partię szachów, a z drugiej strony przy okrągłym stole dziewczyny kolorowały kolorowanki. Podszedłem do nich i spojrzałem co kolorują. Jedna miała ptaka, druga ogród a reszta dziwaczne wzory.
- Cofacie sie w rozwoju? - Zapytałem jedną.
Rudowłosa mnie natychmiast uciszyła.
- Nie wytrącaj nikogo z równowagi. Te kolorowanki relaksują. - Szepnęła.
No cóż. Skoro i tak nie mam co robić ze swoim życiem to się dołączę. Co mi szkodzi? Kiedy poprosiłem o jedną kartkę, dostałem jakieś trzy. Dostałem na zapas. Otrzymałem również długopisy żelowe w czterech kolorach.
-Jak się trzymasz? - Zapytała.
Odłożyłem długopis. W tym momencie przestałem jeść.
- Amanda przestań. Nie widzisz, jak wygląda? Czekaj.. Czy to nie jest sweter Bradleya?
- James przestań. - Odgoniła go. - Przepraszam, ale wszyscy są smutni tym co się zdarzyło, ale powoli się zebraliśmy w sobie.
Nie potrafiłem jej słuchać. W głowie miałem uśmiechniętego bruneta. W tym momencie nabrały mi się łzy do oczu. Moja głowa opadła na jej ramie. Objąłem ją mocno. Nie potrafiłem się opanować.
- On tak rzadko się uśmiechał. - Ryczałem jak małe dziecko.
Czułem tylko jak mnie przytula i głaszcze po głowie. Próbowała mnie jakoś pocieszać.
- Przepraszam za wczoraj.. - Oderwałem się od niej.
- Jest okej. Nie płacz już. Brad by nie chciał, abyś był smutny. - Wytarła moje łzy.
Zaciągnąłem się inhalatorem. Wróciłem do jedzenia.
- Spałeś w ogóle coś? Co to jest? - Spojrzała na kartkę.
- Praktycznie to nic. - Świetnie Connor wymyśliłeś jedną odpowiedź na dwa pytania.Oddała kartkę, a ja schowałem ją szybko do kieszeni wraz z długopisem.
- Wróciłeś już do normalnych? - Dosiadł się James.
- A czy w tym miejscu jest ktoś normalny? - Zapytałem.
Blondyn zaśmiał się i klepnął mnie w ramię. Amanda i James opowiadali co tu się działo kiedy nie byłem obecny. Mówili jak wiele się zmieniło i jak wielu ludzi próbowało się zabić.
Nie wiedziałem dlaczego ludzie chcieli się masowo zabijać akurat wtedy kiedy mnie i Bradleya zabrakło. Z nikim praktycznie nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo i większość czasu spędzaliśmy razem w pokoju.
Dowiedziałem się również, że leżałem w śpiące z jakieś trzy miesiące.
Czyli... Czyli to wszystko, te wszystkie cienie, Annabelle, Bradley, Jane, cała ta gierka z poszukiwaniem miejsca, to tylko sen? To absurd! To niemożliwe! Przecież wszystko czułem. Każdy dotyk loczka... każdy zapach.. To nie może być prawda!
Wstałem i odszedłem od stołu. Snułem się po korytarzu niczym znudzony duch niemający kogo straszyć.
- Co tak smutny chodzisz? Potrzebujesz czegoś? - Podeszła pielęgniarka.
- Nie mam jak kupić żadnego notesu i dobrego długopisu. Mój się już powoli kończy.
- Rozumiem. Pójdę do doktora, może coś zaradzi. - Odeszła.
To była dziwna rozmowa. Jakbym się zaczął nad sobą użalać, że jestem taki biedny, że nie stać mnie na zwykły notes. a tyle osób wokół mnie potrzebuje większej pomocy.
Usiadłem na jednym z krzeseł na korytarzu. Obok mnie chłopaki rozgrywali partię szachów, a z drugiej strony przy okrągłym stole dziewczyny kolorowały kolorowanki. Podszedłem do nich i spojrzałem co kolorują. Jedna miała ptaka, druga ogród a reszta dziwaczne wzory.
- Cofacie sie w rozwoju? - Zapytałem jedną.
Rudowłosa mnie natychmiast uciszyła.
- Nie wytrącaj nikogo z równowagi. Te kolorowanki relaksują. - Szepnęła.
No cóż. Skoro i tak nie mam co robić ze swoim życiem to się dołączę. Co mi szkodzi? Kiedy poprosiłem o jedną kartkę, dostałem jakieś trzy. Dostałem na zapas. Otrzymałem również długopisy żelowe w czterech kolorach.
I tak oto zacząłem się integrować ze świrusami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz