- Nożyce! - Nagle usłyszałem niski głos.
Schowałem się i wyjrzałem przez szparę. Był to znajomy mi już pokój. W nim się znajdował doktor z siwą bródką z jedną z pielęgniarek.
- Pan jest świrnięty! - Powiedziała przerażona.
- Nie ględź! Dzięki mnie, ludzie będą nieśmiertelni i wiecznie młodzi! A teraz podaj te nożyce.
- Jak pan chce to zrobić? Ona jest nieżywa.
- Tak ci się tylko zdaje kochanieńka. - Szepnął. - A teraz! Podać mi księgę.
Klasnął i przetarł szybko dłońmi. Założył swoje małe okrągłe okulary.
- Co pan ma zamiar zrobić?
- Zobaczysz! Podaj księgę! - Oparł się o stół.
Wziął od pielęgniarki księgę i zaczął przewracać kartki po kolei szukając czegoś.
- No, jest. Już myślałem, że jakimś trafem nie ma tego tematu co zaznaczyłem.
Chrząknął.
- Co tam jest napisane? - Ciągle pytała.
- Siedź cicho! Zapal świeczki kobieto.
- Wszystkie?
- Jak chcesz, to tylko tak dla przyjemności. Wszystko dobrze ze sprzętu działa?
- Tak panie doktorze.
- To dobrze. Podaj świeczkę i idź na górę.
- Mam tu tak pana zostawić? Będę przy twoim boku.
- Nikt nie wie? - Polał woskiem ciało.
- Nikt. Co pan robi?
- Rysuję woskiem tak, jak jest na rysunku. - Pokazał jej księgę.
- Oh drogi boże... Co to jest? To nie wróży nic dobrego! - Przeraziła się.
- Będziesz w końcu cicho? Oddaj mi to. - Wyrwał jej z rąk książkę.
- To jest książka namaszczania ludzi czy co?
- Nie. Zobaczysz.
- Czegoś jeszcze potrzeba? - Była niespokojna i ciekawska.
- Weź podłącz ją pod respirator i wyłącz lampy.
- Ale nic nie będziemy widzieć...
- Mamy świeczkę tak?
- Przeraża mnie ta sprawa. Naprawdę. - Poszła do wyłącznika.
Szła prosto na mnie. Wyłączyła lampy.
- Oh i od razu chłodno się zrobiło. - Oddaliłem się o krok.
Kiedy odeszła, poszedłem dalej by mieć lepszy widok. Facet zaczął nacinać całe ciało i wymawiać dziwne niezrozumiałe dla mnie słowa, które były zapisane w księdze. Zaczął odprawiać wielki rytuał. Poczułem ukłucie.
To cienie. Zbliżają się do nas.
Zacząłem się rozglądać. W tym momencie Przed moimi oczami śmignął jeden z nich. Wtem przez przypadek spadła jedna ze świeczek, która stała na szafce w szeregu.
- Doktorze! Pali się! - Zasiała się panika.
- To dobrze! Uspokój się kobieto! Tak ma być!
Płomień wspinał się po kolumnie. Nic innego się nie paliło pomimo tego, że wszystko było z drewna.
- A teraz powtarzaj ze mną wszystkie słowa z księgi! - Zaczęło się.
Mia - Ofiara psychicznego doktora, zaczęła się trząść jak i wszystkie rzeczy w tym pokoju.
- Co się dzieje?! - Krzyknęła spanikowana pielęgniarka i zaczęła składać modlitwy.
- Nie! Nie rób tego! Nie módl się! - Nagle cień wziął wszystkie ostre narzędzia i rzucił nimi w bezbronną pielęgniarkę.
Trysnęła krew na dwie ściany i podłogę brudząc mnie przy tym.
Doktor zaczął coś narzekać. Wbiegłem do tego pokoju.
- PRZESTAŃ JUŻ! ROZUMIESZ?! - Mia chwyciła ręką za krwawy rękaw doktora.
Spojrzała na mnie wraz z cieniem. Teraz tylko kląłem w myślach, że się wyrwałem.
Pasy bezpieczeństwa od stołu operacyjnego pękły. Zjawy zaczęły biec prosto na mnie.
Wystraszyłem się i biegłem przez tą krętą drogę obijając się od ścian.
- Jestem Geniuszem!! - Słyszałem głośny śmiech.
Uciekałem ile sił w nogach. Trzasnąłem drzwiami. Zjawa się nadziała na metalowe gwoździe, lecz cień podążał za mną nadal. Nie wiedziałem co robić. To był jakiś koszmar. Myślałem, że ich wcześniej nie było. Powoli brakowało mi tchu. Ujrzałem ciemność. Już po mnie. Jednak biegłem cały czas. Padłem. Nie mogłem nabrać powietrza. Zaświeciło się światło. Było pusto i cicho. Na środku sali ktoś leżał.
- BRADLEY - Czołgałem się do chłopaka.
Loczek jakby spał. Wtuliłem się w niego. Nie czułem nic z jego strony. Był zimny tak jak w swoim sercu. Moje oczy zaszkliły się. Patrzyłem na niego z tęsknotą. Pragnąłem, żeby do mnie powrócił mój stary brunecik. W końcu takiego już go poznałem i zakochałem się w nim. Ból był nie do zniesienia. Czułem jak moja dziura w klatce piersiowej ponownie krwawi. Objąłem jego chłodne policzki w dłonie. Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Schowałem twarz w niego. Zacząłem po cichu szlochać.
Po chwili poczułem jak także mnie obejmuje. Spojrzałem na jego twarz.
- Skarbie co się stało? Dlaczego płaczesz? - Zapytał zdezorientowany.
- Bradziu! Wróciłeś!! - Zacząłem prawie skakać ze szczęścia.
Zacząłem biegać w kółko i krzyczeć jak najgłośniej.
- Connor... - Złapał się za głowę. - O co Ci chodzi?
Wstał i podszedł do mnie.
- Cieszę się, że po prostu wróciłeś do siebie. - Przytuliłem się mocno do niego.
- Hej spokojnie, bo nas wywrócisz. A tak poza tym. Gdzie my jesteśmy?
Zacząłem się rozglądać. W tym momencie Przed moimi oczami śmignął jeden z nich. Wtem przez przypadek spadła jedna ze świeczek, która stała na szafce w szeregu.
- Doktorze! Pali się! - Zasiała się panika.
- To dobrze! Uspokój się kobieto! Tak ma być!
Płomień wspinał się po kolumnie. Nic innego się nie paliło pomimo tego, że wszystko było z drewna.
- A teraz powtarzaj ze mną wszystkie słowa z księgi! - Zaczęło się.
Mia - Ofiara psychicznego doktora, zaczęła się trząść jak i wszystkie rzeczy w tym pokoju.
- Co się dzieje?! - Krzyknęła spanikowana pielęgniarka i zaczęła składać modlitwy.
- Nie! Nie rób tego! Nie módl się! - Nagle cień wziął wszystkie ostre narzędzia i rzucił nimi w bezbronną pielęgniarkę.
Trysnęła krew na dwie ściany i podłogę brudząc mnie przy tym.
Doktor zaczął coś narzekać. Wbiegłem do tego pokoju.
- PRZESTAŃ JUŻ! ROZUMIESZ?! - Mia chwyciła ręką za krwawy rękaw doktora.
Spojrzała na mnie wraz z cieniem. Teraz tylko kląłem w myślach, że się wyrwałem.
Pasy bezpieczeństwa od stołu operacyjnego pękły. Zjawy zaczęły biec prosto na mnie.
Wystraszyłem się i biegłem przez tą krętą drogę obijając się od ścian.
- Jestem Geniuszem!! - Słyszałem głośny śmiech.
Uciekałem ile sił w nogach. Trzasnąłem drzwiami. Zjawa się nadziała na metalowe gwoździe, lecz cień podążał za mną nadal. Nie wiedziałem co robić. To był jakiś koszmar. Myślałem, że ich wcześniej nie było. Powoli brakowało mi tchu. Ujrzałem ciemność. Już po mnie. Jednak biegłem cały czas. Padłem. Nie mogłem nabrać powietrza. Zaświeciło się światło. Było pusto i cicho. Na środku sali ktoś leżał.
- BRADLEY - Czołgałem się do chłopaka.
Loczek jakby spał. Wtuliłem się w niego. Nie czułem nic z jego strony. Był zimny tak jak w swoim sercu. Moje oczy zaszkliły się. Patrzyłem na niego z tęsknotą. Pragnąłem, żeby do mnie powrócił mój stary brunecik. W końcu takiego już go poznałem i zakochałem się w nim. Ból był nie do zniesienia. Czułem jak moja dziura w klatce piersiowej ponownie krwawi. Objąłem jego chłodne policzki w dłonie. Złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Schowałem twarz w niego. Zacząłem po cichu szlochać.
Po chwili poczułem jak także mnie obejmuje. Spojrzałem na jego twarz.
- Skarbie co się stało? Dlaczego płaczesz? - Zapytał zdezorientowany.
- Bradziu! Wróciłeś!! - Zacząłem prawie skakać ze szczęścia.
Zacząłem biegać w kółko i krzyczeć jak najgłośniej.
- Connor... - Złapał się za głowę. - O co Ci chodzi?
Wstał i podszedł do mnie.
- Cieszę się, że po prostu wróciłeś do siebie. - Przytuliłem się mocno do niego.
- Hej spokojnie, bo nas wywrócisz. A tak poza tym. Gdzie my jesteśmy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz