czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 21 Barry

Wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Martwiłem się o Ciebie. Nigdy tak nie rób. - Skarciłem chłopaka.
Loczek nic nie odpowiedział.
Pogładziłem go po policzku i złożyłem delikatny pocałunek na jego miękkich wargach.
Brad pogłębił mój pocałunek. W tym momencie weszła do pokoju Amanda.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
- Tu jesteś! Ile można cie szukać?! Co ty znowu chciałeś sobie zrobić co?! Normalny jesteś?!
- Nie krzycz na niego! - Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem.
Kim ona jest, żeby podnosić głos na mojego Bradzia?
- Martwiłam się..
- Ja też się martwiłem i jakoś na niego nie krzyczę. Jeżeli masz robić mu wyrzuty, to idź stąd.
Dziewczyna zdziwiona moim zachowaniem, stała chwilę bezruchu, a później wyszła z pokoju.
Odwróciłem się i uśmiechnąłem do niego. Usiadłem okrakiem na jego kolanach. Przytuliłem się i pocałowałem go kilkakrotnie w głowę.
- Masz na coś ochotę? Może coś zjesz? Zjemy kolację?
- Możemy.
Wstaliśmy i wyszliśmy na stołówkę. Nikogo już nie było.
- Spóźniliście się. - Powiedziała zachrypniętym głosem kucharka. - Ja wychodzę. Chcecie, to ugotujcie sobie coś sami.
Wyszła.
Przeszliśmy do kuchni pod ladą. Pytałem kilka razy bruneta co by chciał zjeść. Ani razu mi nie odpowiedział pozytywnie.
Znalazłem makaron i zacząłem go gotować. Resztę składników dokładnie wymieszałem ze sobą.
Chłopak siedział przy jednym stoliku.
Ułożyłem makaron w brytfannie i polałem go sosem z mięsem. Powtórzyłem tą czynność jeszcze parę razy. Posypałem koniec parmezanem i wstawiłem do piekarnika na kilka minut. Kiedy wyciągnąłem gotowe jedzenie, pokroiłem na talerze. Wziąłem ze sobą sztućce i podałem danie na stolik.
- Con... Nie wiedziałem, że umiesz gotować tak dobrze.
Pierwszy raz od tak długiego czasu, widziałem, żeby loczek jadł z apetytem. Byłem dumny z siebie, że mu smakuje.
- Masz może jeszcze? - Zapytał oblizując usta.
Zaśmiałem się i przyniosłem mu drugi kawałek. Cieszyłem się, że w końcu je wszystko z talerza.
Patrzyłem na niego z zainteresowaniem.
Kiedy skończyliśmy, wstawiłem naczynia do zmywarki i wyszliśmy ze stołówki.
- Brad? Co ty odwalasz? - Spojrzałem na niego.
Chłopak położył się na podłodze.
- Teraz mnie tocz. - Zaśmiał się.
Zrobiłem co kazał. W pewnym momencie potknąłem się o własne nogi i przewróciłem się na niego. Zaczęliśmy się głośno śmiać. Nagle wyszła pielęgniarka i zaczęła robić nam wielkie wyrzuty, że hałasujemy i powinniśmy już być dawno w swoich pokojach. Zaśmialiśmy się tylko i uciekliśmy do pokoju. Trzasnęliśmy drzwiami. Brad przycisnął mnie do ściany i zaczął namiętnie całować. Mruknąłem cicho i zdjąłem jego bluzkę. Chłopak uczynił to samo i rzucił mnie po chwili na łóżko.

Obudziło mnie lekkie muskanie skóry w okolicy szyi. Moim pierwszym porannym widokiem był uśmiechnięty loczek.
Odwzajemniłem gest i wpiłem się w jego wargi. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Brad, musimy pogadać.
- Barry? Co tu robisz? - W progu drzwi stał rudy chłopak. - Daj mi chwilę.
Brunet wstał i szybko się ubrał. Uciekł z pokoju.
Byłem zdezorientowany. Tak szybko opuścił mnie i ten pokój. Nie miałem sił wstawać.
Położyłem się z powrotem i spróbowałem zasnąć.
Usłyszałem jak wrócił do pokoju. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać.
- Conny... - Mruknął.
- Kim on jest?
- Kto?
- Daj mi chwilkę Barry.. - Udałem jego głos.
Zmarszczył brwi. Po krótkim czasie zaczął się śmiać.
- Słońce, chyba nie jesteś o niego zazdrosny, co?
- Nie jestem zazdrosny! - Przykryłem się kołdrą.
Do pokoju przyszedł Jack. Kazał mi się ubrać i być za dwadzieścia minut u niego w gabinecie.
Wstałem od niechcenia i zacząłem się powoli ubierać.
- On jest dla mnie nikim... przecież dobrze wiesz...
- Mhm jasne. - Wyszedłem wściekły z pokoju.
Miałem mieć krótką rozmowę z lekarzem o swoim zdrowiu, a przerodziło się to w trzy godziny męczącej peplaniny zwanej terapii. Z gabinetu wyszedłem od razu na obiad.
Ogarnąłem, że nigdzie nie było Bradleya. Zdenerwowałem się. Bezsensownie bawiłem się jedzeniem nadziewając je na widelec. Nieobecność mojego chłopaka, odebrała mi apetyt. Nie potrafiłem nic przełknąć. Odstawiłem tackę z jedzeniem i wyszedłem stamtąd. Czułem, że coś jest nie tak. Biegłem do pokoju.
Zamarłem. Loczek leżał na podłodze z pianą w ustach. Podszedłem do niego. Nie mogłem wyczuć pulsu. Zalałem się łzami.
Wyszedłem z pokoju.
- BARRY! - Zacząłem krzyczeć.
Nie mogłem go nigdzie znaleźć. Jeden z pacjentów wskazał mi drogę, w którą stronę poszedł rudzielec.
Dopadłem go. Chwyciłem go za szyję i zacząłem podduszać.
- Koleś, powaliło cie?
- Co ty mu dałeś?! GADAJ
- Tabletki.. - Powiedział ledwo. - Za żyletke..
Wymierzyłem mu cios w nos. Zaczął krwawić.
- ROZUMIESZ, ŻE PRZEZ CIEBIE ON NIE ŻYJE?!
Po tych słowach wszyscy patrzyli na nas. Uciekłem stamtąd. Muszę zrobić to inaczej.

Brak komentarzy: